Prawdziwa kawa po turecku vs. polska parzucha. Jak zaparzyć czarną smołę, po której krew piszczy w aortach?

Prawdziwa turecka kawa parzona w specjalnym naczyniu - dżezwie.

Zapomnij o tym, co Twoja ciocia serwowała do wuzetki w niedzielne popołudnie. Zapomnij o szklance w metalowym koszyczku z grubą warstwą fusów na dnie. W Polsce pod nazwą „kawa po turecku” od dekad robimy swojską parzuchę. To napój, który obok wódki i mleka był najbardziej egalitarnym napojem PRL-u. Piło się ją wszędzie: od gabinetów dyrektorskich, przez szkolne pokoje nauczycielskie, aż po baraki na budowach. Kopiasta łyżka nie najlepiej zmielonego ziarna, wrzątek z zakamienionego czajnika i gotowe.

Ale jeśli chcesz poczuć, jak krew zaczyna Ci dosłownie piszczeć w aortach, musisz odstawić szklankę i sięgnąć po dżezwę (cezve). Prawdziwa kawa po turecku to nie jest napój. To gęsta, czarna smoła i paliwo rakietowe, które stawia na nogi umarłego.


Kawa do Stambułu trafiła w połowie XVI wieku z Jemenu, budząc lęk i fascynację – rygoryści religijni chcieli jej zakazać, widząc w czarnej smole diabelski wywar. O tej mrocznej tradycji pisał noblista Orhan Pamuk w „Nazywam się Czerwień”, opisując kawiarnie jako miejsca niebezpiecznych debat, awantur i spisków, gdzie aromat gęstego napoju mieszał się z krwią i Szatanem. To nie jest „kawusia” z mlekiem, to rytuał, który przetrwał wieki.

„Mówią o mnie: 'To czarny wywar, który mąci w głowach, sprawia, że oczy stają się czerwone, a dusza błądzi’. Kaznodzieje wrzeszczą z minaretów, że kawa to grzech, bo pali serce i sprowadza na drogę rozwiązłości. Ale spójrzcie na mnie: jestem czarna jak noc, gorąca jak ogień i gęsta jak krew, która tętni w waszych skroniach, gdy nie możecie zasnąć.” – Orhan Pamuk, „Nazywam się Czerwień”.

Jak spalić kalorie z pączka? Autorstwa fir0002flagstaffotos, Wikipedia
Zdrowie

30 minut biegu nie „spali” pączka

Pierwsze kawiarnie otwarto w dzielnicy Tahtakale. Dla sułtana i mułłów były to miejsca podejrzane – „szkoły mądrości”, gdzie ludzie zaczynali myśleć samodzielnie. Wielokrotnie próbowano ich zakazywać, a za picie kawy groziły kary cielesne, a nawet śmierć.

Dopiero później stała się elementem etykiety dworskiej. Sułtan miał własnego „mistrza parzenia kawy” (kahvecibaşı), a ziarna mielono na pył tak drobny, by napój był gęsty jak olej. To właśnie ten sposób parzenia przetrwał wieki.


Tygielek to nie dekoracja, to reaktor kofeinowy

Prawdziwa dżezwa (tygielek) musi wyglądać konkretnie. Zapomnij o aluminiowych rondelkach. Potrzebujesz naczynia z grubym dnem i charakterystyczną, wąską szyjką – zazwyczaj dwa, trzy razy węższą niż podstawa. Ta konstrukcja to nie estetyka, to inżynieria. Szyjka ma za zadanie spiętrzyć pianę, która działa jak szczelna pokrywa. To ona więzi w środku wszystkie aromaty i całą moc, której potrzebujesz, by przetrwać dzień.

Najlepiej sprawdzają się tygielki miedziane. Miedź przewodzi ciepło bardzo szybko, ale masz pełną kontrolę nad tym, co dzieje się w środku. A dziać ma się dużo, bo parzenie w dżezwie to proces zarówno gwałtowny, jak precyzyjny.


W kawiarniach w powieści Pamuka spotykają się iluminatorzy, by słuchać opowieści bajarza, który szydzi z władzy i religii. Kawa podstępnie podsyca atmosferę tych niebezpiecznych spotkań:

„W kawiarni, w oparach dymu i zapachu świeżo palonych ziaren, czas zwalniał. Piliśmy tę gorzką ciecz małymi łykami, czując, jak kofeina rozjaśnia mroki naszych umysłów, pozwalając widzieć kolory, których nie ma, i snuć plany, o których nie wolno mówić głośno. Kawa dawała nam odwagę, by malować świat takim, jakim go widzimy, a nie takim, jakim nakazują go widzieć księgi.”


Indyjski przedsiębiorca Damodardas Geerdhal podczas podróży po Polsce, Poznań, 1934. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe
Podróże

Hinduscy podróżnicy w dawnej Europie. Jak w ich relacjach wyglądał Stary Kontynent?

Mielenie: Pył, który zostaje w krwiobiegu

To tutaj większość amatorów czeka sromotna porażka Jeśli kupujesz kawę mieloną „uniwersalnie” w markecie, to równie dobrze możesz parzyć trociny. Do tygielka potrzebujesz ziarna startego na absolutny pył. Ma mieć konsystencję mąki lub pudru. Tylko taki stopień rozdrobnienia pozwala uzyskać tę gęstą, niemal syropowatą teksturę.

W kawie po polsku fusy chrzęściły między zębami. W prawdziwej kawie po turecku pył niemal rozpuszcza się w wodzie, tworząc emulsję, która uderza w synapsy z siłą młota pneumatycznego. Woda? Zapomnij o wrzątku. Startujesz z lodowatą, przefiltrowaną wodą. Kawa musi ogrzewać się powoli, by wycisnąć z niej każdą cząsteczkę kofeiny.


Rytuał trzech podbić: Taniec na krawędzi wrzenia

To nie jest kawa dla niecierpliwych. Stawiasz tygielek na najmniejszym możliwym ogniu i czekasz. Do środka sypiesz dwie solidne łyżeczki pyłu na filiżankę. Możesz dodać cukier (ale tylko na początku!) i kardamon, jeśli chcesz, by Twoje tętno weszło w orientalny rytm.

Kawa zmielona na puder jest tak lekka, że po wsypaniu do wody tworzy na powierzchni suchą, nieprzepuszczalną skorupę. Gdy podgrzewasz ją pierwszy raz, piana podnosi tę warstwę do góry. Zdejmując tygielek, sprawiasz, że piana opada, „zasysając” suchy pył w głąb wrzątku. Powtarzając to trzy razy, mechanicznie nasycasz wodę kawą bez użycia łyżeczki. Po trzecim podejściu napój staje się gęstą emulsją, a nie rozwodnioną lurą.

Pierwsza piana jest rzadka i nietrwała – szybko pęka, wypuszczając aromaty i moc na zewnątrz. Przy drugim i trzecim podejściu bąbelki stają się mniejsze i gęstsze. Tworzysz tzw. kaimak – sztywny, ciemnobrązowy kożuch, który działa jak szczelny korek. To on więzi kofeinę i olejki eteryczne w środku tygielka, zamiast pozwolić im wyparować nad kuchenką.

Kawa zmielona na pył spala się błyskawicznie. Jeśli dopuścisz do pełnego wrzenia zniszczysz delikatną duszę ziarna i zostaniesz z gorzką mazią o smaku spalonej opony. Trzykrotne zdejmowanie tygielka pozwala utrzymać temperaturę w idealnym przedziale do 95°C. To moment, w którym wyciskasz z ziarna maksimum mocy, ale jeszcze go nie zabijasz.

Dopiero po trzecim razie kofeina jest tak skoncentrowana, że po przelaniu do filiżanki poczujesz, jak Twoje tętnice budzą się do życia, a krew zaczyna dosłownie „dzwonić” w uszach. 

Kluczowy moment? Kiedy czarna masa zaczyna leniwie wzbierać i podchodzić do krawędzi szyjki. Musisz być czujny jak saper. Gdy piana niemal wylewa się na kuchenkę – zdejmujesz naczynie. Czekasz sekundę i powtarzasz to jeszcze dwa razy. Zapamiętaj: ta kawa nigdy nie może się zagotować. Wrzątek zabija duszę ziarna i zostawia tylko płaską gorycz. Masz doprowadzić ją do granicy, ale jej nie przekroczyć.

Filiżanka tureckiej kawy. fot: Kameron Kincade/ Unsplash
Filiżanka tureckiej kawy. fot: Kameron Kincade/ Unsplash

Finał: Czysty ekstrakt mocy

Nalewasz to powoli do małych filiżanek. Nie mieszasz. Czekasz minutę, aż resztki zmielonej kawy osiądą na dnie. Pijesz małymi łykami, popijając zimną wodą, by oczyścić kubki smakowe przed kolejnym uderzeniem kofeiny.

„Kiedy parzący płyn spływa do gardła, czujesz, jak Twoje wnętrzności się kurczą, a potem następuje uderzenie. To nie jest napój dla słabych ciał. To mikstura dla tych, którzy chcą czuwać, gdy inni śpią, dla tych, których oczy muszą pozostać otwarte na piękno i zbrodnię.” – Orhan Pamuk, „Nazywam się Czerwień”.

Prawdziwa turecka smoła to powrót do korzeni, gdy kawa była lekiem i magicznym wywarem wojowników. Po jednej takiej filiżance poczujesz, jak Twoje źrenice się rozszerzają, a świat nabiera ostrych barw. To prosta metoda, która nie uznaje kompromisów. Jeśli po wypiciu nie słyszysz szumu własnej krwi, znaczy to, że pożałowałeś kawy.

Rafał Bernasiński avatar
Rafał Bernasiński

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *