„Płacę składkę. Dostaję termin za 11 miesięcy. Płacę dwa razy.”

Badanie ucha u laryngologa. Photo by Anthony Camerlo

„Płacę składkę. Dostaję termin za 11 miesięcy. Płacę dwa razy.” Etat obiecuje bezpieczeństwo – za grubą kasę jaką pobiera system – zwrotnie dostajesz tylko kolejkę – i płacisz kolejny rachunek, zaciskając zęby.


Po co płacę, skoro i tak płacę drugi raz? – to pytanie coraz częściej zadają sobie pracujący Polacy. Składka zdrowotna z pensji miała być biletem do bezpieczeństwa, ale coraz częściej okazuje się biletem… do kolejki. Pokażemy trzy historie i twarde dane: ile trzeba czekać i ile kosztuje „ratunek” poza systemem. Oddamy też głos instytucjom – NFZ i Ministerstwu Zdrowia – a na koniec sprawdzimy, co w ich odpowiedziach nie dotyka realnego życia pacjentów. To wszystko zaczyna się niewinnie: od telefonu do rejestracji i zdania, które potrafi wywrócić plan na najbliższy rok.


Łukasz z Warszawy: termin za 11 miesięcy

Łukasz (34 lata) pracuje na pełnym etacie w dużej firmie. Od lat co miesiąc z jego pensji znika kilkaset złotych na obowiązkową składkę zdrowotną. Do tej pory niemal nie korzystał z publicznej służby zdrowia – jest młody, zwykle zdrowy. Aż do tego miesiąca, gdy ból stawu skokowego zaczął spędzać mu sen z powiek. – Najpierw ignorowałem, ale w końcu trzy noce z rzędu praktycznie nie spałem z bólu – opowiada. Postanowił więc zapisać się do specjalisty, by nie dopuścić do pogorszenia stanu.

Zwykły dzień pracy, w przerwie Łukasz dzwoni do poradni ortopedycznej na Narodowy Fundusz Zdrowia. Po kilkunastu minutach oczekiwania na infolinii wreszcie udaje mu się porozmawiać z rejestratorką. Odpowiedź słyszy spokojnym tonem:

– Najbliższy wolny termin: za jedenaście miesięcy.

Łukasz zamiera.

– Powiedziała to tak spokojnie, jakby chodziło o przegląd samochodu za rok, a nie o człowieka, który z bólu nie śpi – wspomina gorzko.

Myśli, że może to pomyłka. Dopytuje: a wcześniej? Może w trybie pilnym, jeśli zdobędzie skierowanie z pilnym oznaczeniem? Niestety. Próbuje więc w innej placówce – i słyszy podobne „proszę czekać”.

W tym momencie Łukasz staje przed wyborem widmem.

– Zrozumiałem, że mam dwie opcje: czekać prawie rok, udając, że nic się nie dzieje, albo zapłacić prywatnie. Tylko, że ja już płacę co miesiąc…

– mówi, pokazując odcinek wypłaty ze składką zdrowotną.

W jego głowie kłębi się frustracja: „płacę i nic z tego nie mam, muszę płacić drugi raz”. Ostatecznie robi to, co robi dziś pół Polski – uruchamia plan B, czyli szuka pomocy poza NFZ. Plan B ma jednak swoją cenę.


Dlaczego to etat – a nie B2B – coraz częściej przypomina śmieciówkę? fot: Scott Graham/ Unsplash
Nasz temat / Społeczeństwo

Umowa o pracę. Czy to śmieciówka w garniturze? 50% dziś, 30% jutro

Prywatna wizyta i drugi rachunek

Jeszcze tego samego dnia Łukasz znajduje prywatną klinikę ortopedyczną. Ku jego zaskoczeniu – a zarazem smutnej uldze – termin wizyty jest dostępny w przyszłym tygodniu, nie w przyszłym roku. Tak działa równoległy, prywatny system: dostępny od ręki, jeśli tylko masz pieniądze. Na konsultację u specjalisty wydaje 300 zł.

Lekarz prywatnie od ręki kieruje go na badanie rezonansem magnetycznym – kolejne 500 zł. Łukasz płaci kartą.

– To nie była fanaberia ani wybór premium. To była opłata za normalność: za to, że ktoś mnie zbada w tym miesiącu, a nie za rok – tłumaczy.

W ciągu tygodnia od telefonu do publicznej przychodni Łukasz ma już diagnozę i rozpoczęte leczenie – ale w portfelu lżejszym o 800 zł.

Wieczorem w domu odkłada na stole dwie kartki. Jedna to pasek z jego pensji z rubryką „składka na ubezpieczenie zdrowotne”. Druga – paragon z prywatnej kliniki. Patrzy to na jedno, to na drugie.

– Najbardziej boli poczucie, że ktoś sprzedał mi spokój na raty. Całe życie słyszałem: płać składki, będziesz bezpieczny. A potem okazało się, że bezpieczeństwo jest dla tych, którzy mają jeszcze wolne kilkaset złotych – mówi.

I wtedy z jego ust pada pytanie, którego żaden urzędnik nie chciałby usłyszeć: czy składka zdrowotna to jeszcze ubezpieczenie, czy już podatek bez usługi?


Składka zdrowotna to nie abonament, ale…

Oczywiście, ktoś może zauważyć: składka zdrowotna to nie abonament w prywatnej firmie ani Netflix – płacisz na wspólny solidarny system, a nie „na usługę na żądanie”. Państwowa opieka zdrowotna działa jak ubezpieczenie społeczne: wszyscy się składamy, żeby w razie potrzeby nikt nie został bez pomocy. Problem w tym, że solidarność bez dostępności rodzi wściekłość – i prywatne dopłaty. Bo co z tego, że formalnie każdy jest ubezpieczony, jeśli w chorobie zostaje mu tylko miejsce w kolejce? Pacjenci nie oczekują luksusu. Oczekują pomocy na czas – w “sensownym” terminie, zanim choroba wyrządzi większe szkody.

Nie trzeba wierzyć Łukaszowi na słowo. Wystarczy zajrzeć do oficjalnych danych o kolejkach do lekarzy. NFZ prowadzi portal „Informator o Terminach Leczenia”, gdzie jak na dłoni widać pierwsze wolne terminy do specjalistów i na badania. Te liczby potrafią zatrwożyć.

Decyzja ZUS o niepodleganiu ubezpieczeniom społecznym wobec kobiety w ciąży. fot: Benjamin Manley/Unsplash
Nasz temat

ZUS kwestionuje, rodziny płacą. Mechanizmy bezkarności i niszczenia polskich rodzin. Państwo opiekuńcze w praktyce.


Kolejki w NFZ: czekanie w liczbach

Spójrzmy na kilka przykładów z początku grudnia 2025 r. z różnych województw (dane NFZ, tryb stabilny – czyli zwykły przypadek, nie „pilny”):
• Reumatolog, Gdańsk: pierwszy wolny termin w marcu 2026 (czyli ponad 4 miesiące czekania). Aktualizacja danych: grudzień 2025.
• Poradnia zdrowia psychicznego dla dzieci, Warszawa-Wawer: pierwszy wolny termin w lutym 2027 – to prawie półtora roku od dziś. W kolejce czeka tam 337 małych pacjentów.
• Endokrynolog, woj. śląskie: przykładowo w jednym ze śląskich ośrodków trzeba czekać około 156 dni (ponad 5 miesięcy) na wizytę u endokrynologa.

To nie są pojedyncze, skrajne przypadki. W informatorze NFZ pełno jest terminów odległych o wiele miesięcy. Dla systemu to tylko liczby i daty. Dla pacjenta – miesiące życia w zawieszeniu. W tym czasie nie rośnie przecież zdrowie; rośnie za to strach, ból albo ryzyko powikłań. Bywa, że czekanie to wyrok – skazanie na kalectwo lub gorzej. W takich warunkach wielu ludzi postępuje dokładnie tak, jak Łukasz: jeśli tylko mają jakiekolwiek oszczędności lub zdolność kredytową, uciekają z kolejki do prywatnego gabinetu.


Kasia z Krakowa: gdy dziecko nie może czekać

W kolejce NFZ czekają nie tylko dorośli z bolącą nogą. Czasem wisi w niej przerażony rodzic z chorym dzieckiem. Kasia z Krakowa, mama 6-letniego Antka, dobrze pamięta noc, gdy jej syn prawie się dusił.

– Zaczęło się od niby zwykłego przeziębienia, ale potem w nocy Antek obudził się siny, nie mógł zaczerpnąć tchu – opowiada.

Po wizycie na SOR i doraźnej pomocy, zalecono jak najszybszą konsultację pulmonologiczną lub alergologiczną (podejrzenie astmy lub silnej alergii).

– Rano pierwsze, co zrobiłam, to próbowałam zapisać syna „na Fundusz” do poradni dziecięcej – mówi Kasia.

Niestety, w całej Małopolsce terminy były za kilka miesięcy.

– Gdy usłyszałam w słuchawce: „najbliższy termin w kwietniu”, miałam ochotę krzyczeć: to jakieś żarty? Przecież moje dziecko nie będzie czekało grzecznie w „trybie stabilnym”, ono potrzebuje pomocy teraz, nie za kilka miesięcy! – wspomina.

Co robi zrozpaczony rodzic w takiej sytuacji? Kasia nie miała wyjścia – poszła z Antkiem prywatnie do alergologa, choć domowy budżet już wcześniej ledwo się spinał. Prywatna konsultacja jeszcze tego samego dnia: 250 zł. Zlecone testy alergiczne i odczulanie: kolejne 400 zł.

W sumie ponad 600 zł w ciągu miesiąca – ale syn znów oddycha swobodnie i może spać.

– Kiedy ktoś w rejestracji mówi „proszę czekać”, chciałabym zapytać: a gdyby to było wasze dziecko? Czekać, aż przestanie oddychać? – komentuje gorzko Kasia.

Tę jedną rundę udało się wygrać prywatnie, ale kobieta drży na myśl, co będzie dalej: astma to przecież choroba przewlekła.

– Muszę szykować pieniądze na kolejne wizyty, bo ta choroba nie zniknie po jednej konsultacji.

Wejście do oddziału ZUS, państwowej instytucji obsługującej ubezpieczenia społeczne
Społeczeństwo

Cel: przypis składek, redukcja wypłat. Jak system ZUS uderza w najsłabszych.


Ewa z Wrocławia: choroba przewlekła na pauzie

Historię podwójnego płacenia za leczenie zna też Ewa (40 l.) z Wrocławia. Pracuje w biurze rachunkowym, wychowuje dwie córki. Od kilkunastu lat choruje na reumatoidalne zapalenie stawów. Dzięki lekom i rehabilitacji funkcjonuje w miarę normalnie – może pracować, opiekować się dziećmi. Warunek jest jeden: ciągłość leczenia.

– Raz na kilka miesięcy muszę mieć kontrolę u reumatologa, badania krwi, czasem modyfikację leczenia. Inaczej choroba postępuje, a wtedy grozi mi wózek – tłumaczy. I dodaje: – System powinien to rozumieć, prawda?

Niestety, ostatnio jej reumatolog na NFZ przeszedł na emeryturę. Zanim udało się zapisać do innego, minęły długie tygodnie. Termin? Za 8 miesięcy.

– Czyli mam czekać prawie rok bez kontroli. To przepis na tragedię – załamanie zdrowia, utratę pracy, wszystko naraz – mówi Ewa.

Nie czekała. Znowu prywatna wizyta (200 zł), znowu prywatne badania (150 zł). I tak co kilka miesięcy.

– Czuję się, jakbym płaciła dodatkowy podatek od tego, że chcę normalnie żyć z chorobą. Taki podatek od zdrowia… – wzdycha.

Jak wielu innych, Ewa traktuje składkę zdrowotną jak ukrytą umowę, w której tylko ona wywiązuje się z obowiązków.

– Oni mówią: płać. A kiedy ja mówię: potrzebuję pomocy, słyszę: proszę czekać. Tylko że ja nie mogę odłożyć swojego zdrowia na później.

Ewa zauważa jeszcze coś:

– Mnie się udało, bo mam pracę, mąż też pracuje, mamy na te wizyty. Ale co ma zrobić ktoś, kogo nie stać? – pyta retorycznie.

W jej otoczeniu są osoby, które rezygnują z leczenia albo odwlekają je, bo nie mają pieniędzy na prywatne wizyty, a w kolejce NFZ nie doczekali się pomocy na czas.

– Ci ludzie są zostawieni sami sobie. To jest system: radź sobie sam.


ZUS – symbol bezkarności urzędniczej i walki obywatela z państwem. Fot: Rakoon - Praca własna, CC0
Społeczeństwo

Pracodawca nie zapłaci za L4 kobiety w ciąży? ZUS przejmie wypłaty od firm. Ale to nie do końca dobra wiadomość

Tomasz z Poznania: kryzys psychiczny nie poczeka

Problem kolejek do specjalistów dotyka nie tylko ciała, ale i umysłu. Tomasz z Poznania, 45-letni menedżer, długo ignorował objawy depresji i wypalenia zawodowego.

– Facet, zarządzający zespołem, powinien być twardy. Wstydziłem się przyznać, że nie daję rady – opowiada.

Kiedy wreszcie odważył się poszukać pomocy u psychiatry w publicznej przychodni, usłyszał termin za kilka miesięcy.

– Miałem już myśli naprawdę czarne, a oni kazali mi czekać ponad kwartał na pierwszą wizytę.

W akcie desperacji Tomasz zdecydował się wydać oszczędności na prywatne leczenie. Teraz co miesiąc płaci 200–300 zł za wizyty i terapię, żeby stanąć na nogi.

– Najtrudniejsze nie było to, że muszę za siebie zapłacić. Najtrudniejsze było to, że w życiowym kryzysie musiałem jeszcze przekonywać system, że mój przypadek jest pilny – mówi.

Dzięki prywatnej opiece powoli wraca do zdrowia, ale w głosie ma gorycz.

– Co to za państwo, które wymaga ode mnie składki zdrowotnej, a potem i tak każe mi ratować się kartą kredytową?

Historie Łukasza, Kasi, Ewy, Tomasza – i tysięcy innych osób – pokazują, że w polskiej ochronie zdrowia wytworzył się pewien paradoks. Mamy publiczny system „dla każdego”, ale faktycznie wyrasta obok drugi system: prywatny, dla tych, którzy zapłacą drugi raz. Jaka jest skala tego zjawiska?

ZUS zakwestionował prawo do zasiłku ciężarnej kobiety, która wzięła ślub. fot: Gabriel Lenca/Unsplash
Nasz temat / News

Wzięła ślub na L4, ZUS chciał zabrać zasiłek i nakazał oddanie wszystkich pobranych świadczeń!


Ucieczka do prywatnej opieki: drugi system w liczbach

Jeszcze dekadę temu prywatne wydatki Polaków na leczenie stanowiły około 25–30% wszystkich nakładów na zdrowie – jeden z najwyższych odsetków w UE. W ostatnich latach państwo znacząco zwiększyło finansowanie zdrowia, ale prywatny rynek usług medycznych wciąż kwitnie.

Według GUS, w 2023 r. łączne wydatki na ochronę zdrowia w Polsce (publiczne + prywatne) wyniosły 241,6 mld zł, czyli 7,1% PKB. To rekordowo dużo – o 23% więcej niż rok wcześniej. Publiczne nakłady poszybowały (do ok. 5,8% PKB), a udział prywatnych wydatków nieco spadł w ujęciu procentowym.

Mimo to w 2023 r. Polacy wciąż musieli wyłożyć z własnej kieszeni ok. 43,8 mld zł na zdrowie.

Co to znaczy w praktyce?

Dane o korzystaniu z prywatnej służby zdrowia są jednoznaczne. W 2024 r. aż 64,1% Polaków co najmniej raz skorzystało z prywatnej wizyty lekarskiej. Powód? Najczęściej banalny – brak dostępu do publicznej opieki zdrowotnej.

Wśród tych, którzy poszli prywatnie, 74,1% wskazało brak dostępności usług w placówkach publicznych, a 65,2% – zbyt długie kolejki na NFZ. Zdecydowana większość pacjentów płaci za prywatne leczenie z własnej kieszeni (ok. 82% badanych) – tylko nieliczni mają dodatkowe polisy lub abonamenty opłacone przez pracodawcę. Co znamienne, nawet 1,4% ankietowanych musiało wziąć kredyt lub pożyczkę, by sfinansować leczenie.

Prywatne wydatki na zdrowie stają się więc nowym „podatkiem”, który płaci ten, kto nie może czekać. Dla państwa to może po prostu rynek usług, ale dla ludzi – rachunek za to, że nie da się żyć w kolejce.


NFZ i Ministerstwo: „Budżet rośnie, reformy trwają”

Co na to wszystko instytucje odpowiedzialne za system? Rząd powtarza, że robi wiele, by poprawić dostępność leczenia. Ministerstwo Zdrowia podkreśla rekordowy wzrost finansowania – wydatki na zdrowie przekroczyły właśnie 7% PKB, a w 2023 roku publiczny system dostał ponad 45 mld zł więcej niż rok wcześniej. NFZ przypomina, że od 2022 r. obowiązuje gwarancja minimalnych nakładów na zdrowie (tzw. 7% PKB zapisane w ustawie).

Według urzędników, stopniowo przybywa lekarzy i pielęgniarek, a wiele programów (np. onkologicznych czy kardiologicznych) ma skrócone ścieżki dla pacjentów. Resort zdrowia chwali się też wdrażaniem centralnej e-rejestracji – od stycznia 2026 r. ma ruszyć ogólnopolski system, który znajdzie pacjentowi najszybszy wolny termin w całym kraju i zarejestruje go automatycznie.

Docelowo (do 2029 r.) wszystkie poradnie specjalistyczne mają być objęte jedną platformą kolejkową, co ma ukrócić zjawisko „niewidzialnych kolejek” i pozwolić lepiej zarządzać ruchem pacjentów.

– Robimy, co możemy. Nakłady idą w górę, lekarze zarabiają lepiej niż kiedyś, cyfryzujemy system. Niestety, kolejki nie znikną z dnia na dzień – usłyszeliśmy nieoficjalnie od jednego z urzędników NFZ.

Te zapewnienia brzmią rozsądnie na papierze. Może to i prawda, że pieniędzy w systemie jest więcej niż było. Tyle, że dla Łukasza prawdą jest też to, że na wizytę czeka 11 miesięcy. Państwo mówi o programach i reformach, pacjent mówi o bólu i rachunku.

Te dwie rozmowy wciąż się nie spotykają. W ocenie ekspertów problem nie sprowadza się do złej woli kogokolwiek – raczej do tego, że latami system finansowano poniżej potrzeb, kadry medyczne wykruszały się, a na dodatek brakuje sprawnych „wejść” do systemu.

– Jako lekarz rodzinny nie mówię pacjentowi „proszę czekać” dlatego, że tak chcę. Mówię tak, bo naprawdę nie mam gdzie go skierować szybciej w ramach publicznego systemu – przyznaje szczerze jeden z poznańskich lekarzy POZ.

Innymi słowy: problemem nie jest pojedynczy lekarz czy rejestratorka, lecz niewydolne mechanizmy opieki. A kiedy mechanizm zawodzi, koszt i tak spada na obywatela.


samotny mężczyzna siedzący na łóżku/fot: Jakob Owens/Unsplash
News / Społeczeństwo / Zdrowie

Samotny jak mężczyzna. Coraz więcej młodych Polaków nie ma partnerki i nie uprawia seksu

Państwo z dopłatą prywatną: mechanizm „podwójnego płacenia”

To nie jest wybór między publicznym a prywatnym systemem opieki zdrowotnej. To jest wybór między czekaniem a leczeniem. Wielu Polaków nie wybiera prywatnej kliniki dlatego, że tak woli – robią to, bo nie mają innego wyjścia, jeśli chcą zdążyć z pomocą na czas. W efekcie nasze państwo coraz mniej przypomina opiekuńczą ochronę zdrowia, a coraz bardziej państwo z prywatną dopłatą.


Zamiast luksusu – normalność. Co musi się zmienić?

Na koniec wróćmy do Łukasza z Warszawy. Jego historia zatoczyła koło: dzięki prywatnej wizycie wraca do zdrowia, znów chodzi do pracy i płaci podatki oraz… składki. Wciąż jednak czuje się zawiedziony i oszukany.

– Ja nie chcę żadnych cudów ani „luksusów”. Chcę tylko, żeby słowo „ubezpieczenie” znaczyło coś wtedy, kiedy człowiek jest słaby – mówi. – Bo właśnie wtedy sprawdza się obietnica państwa.

Łukasz i bohaterowie podobnych historii nie oczekują, że publiczna służba zdrowia zapewni im prywatną salę w szpitalu czy lekarza na skinienie palca. Chcą podstawowej rzeczy: opieki wtedy, gdy jest potrzebna, bez zbędnej zwłoki. Oto kilka postulatów, które przewijają się w takich rozmowach z pacjentami:

Pełna transparentność kolejek i standardy pilności. Pacjent powinien łatwo sprawdzić realny czas oczekiwania na dane świadczenie (w skali kraju i regionu) i rozumieć, co oznacza kategoria „pilne”. Bez tego chory nie wie, na czym stoi.
Procedura awaryjna, gdy kolejka jest zbyt długa. Jeśli czas oczekiwania przekracza pewien rozsądny próg (np. 3 miesiące na ważną konsultację), system powinien zapewnić alternatywę – choćby leczenie w innym miejscu lub częściowy refund prywatnie. Teraz pacjent pozostaje sam, jeśli nie chce lub nie może czekać.
Wzmocnienie newralgicznych specjalizacji. Tam, gdzie kolejki liczona są w wielu miesiącach (np. endokrynologia, ortopedia, psychiatria dziecięca), potrzebne są pilne inwestycje: więcej specjalistów, poradni, może kontraktowanie prywatnych podmiotów do publicznej puli, by skrócić czas oczekiwania.
Uczciwa rozmowa o granicach systemu. Państwo powinno jasno komunikować, co tak naprawdę gwarantuje za składkę, a czego na ten moment zagwarantować nie może. Dziś obywatel boleśnie dowiaduje się o tym dopiero w kryzysie zdrowotnym.

Pozostaje fundamentalne pytanie: jaką usługę kupujemy obowiązkową składką zdrowotną, skoro i tak w kryzysie musimy ratować się kartą kredytową?


Śmieciówka?

Dla Łukasza z Warszawy umowa o pracę miała być promowanym przez rząd „pakietem bezpieczeństwa”. W praktyce – umowa o pracę okazała się śmieciówką: płacisz co miesiąc, a kiedy naprawdę potrzebujesz pomocy, dostajesz śmieciową usługę – termin „za wiele miesięcy” i radę: proszę czekać. Wtedy zaczyna się prawdziwy rachunek: żeby nie ryzykować zdrowiem (albo pracą), idziesz prywatnie. Płacisz drugi raz.

Łukasz nazywa to wprost:

„rząd sprzedaje etat jako spokój, a faktycznie serwuje Ci bezsilność”.

Bo obowiązkowa składka zdrowotna przestaje przypominać ubezpieczenie, a faktycznie to podatek bez realnej jakości usługi. Prywatna wizyta – zamiast „opcją” – staje się obowiązkową dopłatą do systemu, w którym nie da się funkcjonować bez dodatkowych pieniędzy.

W takim modelu umowa o pracę jako element bezpieczeństwa – traci sens, nie tylko nie ma co liczyć na opiekę zdrowotną, powszechnie mówi się też, że ZUS nie przewiduje w przyszłości głodowe emerytury rzędu poniżej 20% twojej płacy. Łukasz nie mówi o „reformie” ani „mapie potrzeb”. On mówi o zdradzie obietnicy: „skoro państwo bierze ode mnie obowiązkowo, to dlaczego nie potrafi obowiązkowo pomóc?”. Z tej złości rodzi się impuls: „to ja wolę przestać płacić za śmieciową usługę i kupię profesjonalną” — prywatnie, abonamentem, ubezpieczeniem, czymkolwiek, co działa.

To, co niszczy zaufanie, nie jest sam przymus solidarności. Tylko przymus solidarności bez dostępności. Bo wtedy etatowe bezpieczeństwo zamienia się w pułapkę: płacisz dużo, a gdy przychodzi kryzys — i tak ratujesz się prywatnie.

Sławek Gil avatar
Sławek Gil

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *