Ustawka o sądy – czyli lekcja o tym jak dojechać sędziego
Wyobraź sobie, że idziesz do sądu jak do lekarza: coś Cię boli, chcesz diagnozy, a nie opowieści o patriotycznym prawie do leczenia w każdej placówce. I wtedy lekarz mówi: „Spoko, zbadamy Cię. Ale od dziś za pytanie, czy prawidłowo Cię leczymy, grozi ci więzienie. A jeśli pytasz dwa razy, to znaczy, że uporczywie.” Brzmi absurdalnie? Niemożliwe? A jednak – właśnie taki scenariusz funduje nam świeży prezydencki projekt ustawy z 19 lutego 2026 roku o złudnie pięknej nazwie „o przywróceniu prawa do sądu…”, który według ekspertów jest niczym innym jak ustawą kagańcową 2.0. Ustawę kagańcową 1.0 wprowadził PiS mimo ostrej krytyki społecznej. Projekt ustawy niby ma porządkować sądownictwo, ale w praktyce wrzuca do kodeksów cały zestaw narzędzi do kneblowania sędziów: karze i dyscyplinuje, unieważnia wyroki, podkręca finansowy nacisk na sędziów.
Dziewięć modułów ustawy – stopnie autorytarnego docisku
Propagandowa gra wkracza w kolejne fazy. Projekt ustawy składa się z dziewięciu „modułów” – każdy to osobny przepis lub grupa przepisów dokręcających śrubę niezależnym sądom. Przedstawiamy je w tym samym rytmie: co jest w projekcie, co to znaczy po ludzku, który to poziom autorytaryzmu (w naszej skali od 0 do 9) i jaki bezpiecznik demokratyczny pęka przy okazji. Gotowi? No to jedziemy z listą absurdów, które władza próbuje zawinąć w patriotyczne sreberka.
„Wielki Bu” już w Polsce. Patryk M. przekazany z Niemiec – trafi do prokuratury w Lublinie
Moduł 1: Kara więzienia dla sędziów za „uporczywe” kwestionowanie (6 miesięcy – 5 lat)
Co jest w projekcie: Dodanie nowego przestępstwa – sędzia, który „uporczywie podważa uprawnienia” najważniejszych organów (Prezydenta RP, Trybunału Konstytucyjnego, Krajowej Rady Sądownictwa, Trybunału Stanu itp. – czyli tych dziś skrajnie upolitycznionych) albo wydane przez nie akty/orzeczenia, podlegać będzie karze więzienia od 6 miesięcy do 5 lat. Kluczowe słowo to „uporczywie” – czyli według projektu wystarczy zapytać więcej niż raz, by uznano to za uporczywość. Innymi słowy: masz wątpliwości co do legalności jakiegoś organu? Zapytaj raz, najwyżej cię upomną. Zapytaj drugi raz – już jesteś przestępcą.
Co to znaczy w praktyce: Wątpliwość = przestępstwo. Sędzia staje przed dylematem: czy zwrócić uwagę na niekonstytucyjność czegoś i ryzykować kryminał, czy raczej siedzieć cicho? To efekt mrożący w najczystszej postaci – kto odważy się zadać pytanie, widząc wizję celi? To tak, jakby karać lekarza za „uporczywe pytanie” o wyniki badań, bo psuje to dobry nastrój ordynatora. Pacjent może umierać, byleby na wierzchu było tak ja chce władza. Zasada państwa prawa (gdzie spór rozstrzyga argument) zostaje wyparta przez zasadę strachu (gdzie rację ma ten, kto trzyma kodeks karny).

Poziom autorytaryzmu: 6/9. W skali naszej gry rządzący właśnie przeskoczyli na szósty poziom – kryminalizacja sporu prawnego. Niezależność sądownictwa traci swój podstawowy bezpiecznik, bo władza wykonawcza de facto mówi sędziom: nie ważcie się kwestionować naszych decyzji, bo was posadzimy. Bezpiecznik demokratyczny, który tu pęka, to wolność debaty prawnej i kontrola legalności działań władzy – fundament, który odróżnia sędziów od maszyn przyklepujących każdy papier. Tu nie chodzi tylko o spory polityczne – w grę może wchodzić wejście w kolizję z biznesami wspieranymi przez polityków, lub słynne Seicento – gdzie dowody znikały a winni szczucia na obywatela i usuwania dowodów pozostali bezkarni.
Moduł 2: Do 10 lat więzienia, jeśli robisz to „dla korzyści”
Co jest w projekcie: Jeżeli takie „uporczywe” kwestionowanie władzy będzie dokonane „w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej”, to zagrożenie karą rośnie do od 1 roku aż do 10 lat więzienia. Przepis jest celowo mętny: korzyść majątkowa lub osobista może oznaczać właściwie wszystko – od chęci awansu zawodowego, poprzez ambicję zostania prezesem sądu, aż po zwykłe pokazanie się w mediach. Jeżeli dziennikarz zaczepi Cię na ulicy, żeby zadać Ci pytanie – już cię mają. Recenzenci ostrzegają, że władza zawsze coś pod ten paragraf podciągnie. Wystarczy dopisać sędziemu rzekomy motyw i już z niesubordynacji robi się grube przestępstwo o surowej sankcji. W praktyce, każdemu komu trzeba, można wlepić 10 lat.
Co to znaczy w praktyce: Jeśli paragraf o uporczywości jest kijem, to paragraf o korzyści jest pałką z gwoździami. Władza daje do zrozumienia:
„Znajdziemy na ciebie haka – powiemy, że chciałeś coś ugrać, i wsadzimy cię na lata”.
To prawo karne jako odstraszacz dla dociekliwości i uczciwości sędziów. Analogią: wyobraź sobie, że dostajesz mandat za przekroczenie prędkości. 500 zł – trudno, zdarza się. Ale nagle policjant mówi:
„A wiesz co, widać, że zrobiłeś to dla zabawy, dla satysfakcji… czyli korzyść osobista. W takim razie – 10 lat więzienia”.
Brzmi groteskowo? Dokładnie tak samo pachnie ten przepis.
Poziom autorytaryzmu: 7/9. Jeszcze wyżej na skali – prawo karne jako straszak. Tutaj pęka kolejny bezpiecznik: zasada proporcjonalności kary do czynu. W zdrowym systemie korupcję czy nadużycie władzy trzeba udowodnić; tu wystarczy insynuacja o motywacji sędziego, by zniszczyć mu życie.

Moduł 3: „Nieważność z mocy prawa” wyroków – gumka do niewygodnych orzeczeń
Co jest w projekcie: Kolejna sztuczka prawna: wszelkie orzeczenia, które kwestionują powołanie sędziego (tzw. neosędziego) albo np. wyłączają takiego sędziego ze sprawy, mają być nieważne z mocy prawa. Podobnie nieważne mają być orzeczenia podważające legalność Trybunału Konstytucyjnego czy uchwały KRS z epoki „dobrej zmiany”. Krótko mówiąc, jeśli sąd odważy się stwierdzić, że „król jest nagi” – czyli np. że sędzia X został powołany niezgodnie z Konstytucją – to taki wyrok automatycznie znika ze skutkiem prawnym, jakby nigdy nie istniał.
Co to znaczy w praktyce: System funduje obywatelom i sędziom wielką gumkę do mazania. Możesz mieć rację, ale my twoją rację unieważnimy. Nawet jeśli niezależny sąd dopatrzy się nieprawidłowości w powołaniu innego sędziego i wyda orzeczenie zgodnie z prawem i konstytucją, władza powie:
„to orzeczenie jest niebyłe, bo dotknęło zakazanego tematu”.
To mechanizm typu Cofnij – każda kontrola legalności składu sądu zostanie cofnięta jednym ruchem administracyjnym. Analogią: wyobraź sobie dziennik szkolny, w którym dyrektor odkrywa dobre oceny nielubianego ucznia. Co robi? Sięga po gumkę i je wymazuje, bo psują jego wizję o uczniu. Teraz ma być podobnie: wyrok, który psuje narrację władzy, zostanie wytarty, jakby był błędem pisarskim.
Poziom autorytaryzmu: 7/9. To już bardzo zaawansowany poziom – kasowanie skutków kontroli legalności. Tu wysiada bezpiecznik pt. efektywna kontrola sądowa. Sądy mogą sobie orzekać, co chcą, byle z dala od drażliwych kwestii – bo każde orzeczenie nie po myśli władzy zostanie unieważnione ex lege. To jawne pogwałcenie zasady pewności prawa i niezależności orzeczniczej. W dodatku taki przepis to ekstremalna kolizja z prawem europejskim – Trybunał Sprawiedliwości UE wielokrotnie podkreślał, że sąd musi mieć prawo badać status sędziego, a uniemożliwienie tego jest naruszeniem Traktatu. Władza mówi jednak wprost:
„Nie podoba się polityczny sędzia? To trudno, kasujemy Twoje decyzje, wszystko gra. Koniec dyskusji”.
Moduł 4: Likwidacja testu niezależności sędziego i bezstronności
Co jest w projekcie: Pamiętacie tzw. test niezależności i bezstronności sędziego, wprowadzony w 2022 roku (jeszcze za prezydenta Dudy) jako element ratunkowy przed sankcjami UE? Ten, który miał pozwolić sprawdzić, czy sędzia nie jest aby marionetką polityczną, zanim poprowadzi sprawę? Otóż projekt Nawrockiego całkowicie uchyla przepisy o tych testach, a wszystkie toczące się postępowania w tym zakresie mają zostać umarzane z mocy prawa. Koniec, nie wolno badać, czy sędzia jest niezależny – bo przecież wszyscy są niezależni, prawda?
Europejskie standardy: W tym miejscu warto zaznaczyć, że Trybunał Sprawiedliwości UE już orzekał, iż zakazywanie badania niezależności sędziego i robienie z tego deliktu dyscyplinarnego narusza zobowiązania państwa członkowskiego wynikające z art. 19 ust. 1 TUE. Innymi słowy, UE wymaga od nas, by sądy mogły takie rzeczy sprawdzać, bo to element prawa do skutecznej ochrony prawnej. Projekt idzie dokładnie pod prąd: odbiera termometr i udaje, że gorączki nie ma.
Co to znaczy w praktyce: Standardem ma być brak standardu. Władza chce móc powiedzieć: „wszyscy nasi sędziowie są bezstronni i kropka”, a obywatel i tak nie będzie miał narzędzia, by to zweryfikować. To jak ogłosić nowy certyfikat jakości: brak kontroli jakości! Jeżeli dotąd sędzia mógł domagać się zbadania, czy w składzie orzekającym nie siedzi przebieraniec udający niezależnego sędziego, to teraz nie tylko nie może – nawet próba będzie bezwzględnie karana i z góry unieważniana (patrz Moduł 3).

Poziom autorytaryzmu: 6/9. Władza wyjmuje z sądownictwa narzędzie diagnostyczne i jeszcze ogłasza to sukcesem. Bezpiecznik, który tu pada, to kontrola bezstronności – zarówno sędziów, jak i całego systemu. Zostajemy z fasadą bez możliwości zajrzenia do środka. „Bezstronność” ma być od teraz deklarowana odgórnie, nie badana oddolnie. Jeśli termometr pokazuje gorączkę, najprościej go stłuc – i dokładnie to robi ten projekt.
Moduł 5: Automatyczne wyrzucanie sędziów z zawodu („sam się zrzekniesz”) + rola prezydenta
Co jest w projekcie: Wprowadzono przepis, że umyślna odmowa wykonywania wymiaru sprawiedliwości jest równoznaczna ze zrzeczeniem się stanowiska sędziowskiego. Brzmi enigmatycznie? Projekt precyzuje, co to znaczy: jeśli sędzia odmówi orzekania w składzie z sędzią, którego status kwestionuje, albo odmówi wykonania orzeczenia wydanego przez nielegalnie obsadzony skład – to tak, jakby sam złożył togę. Następuje automatyczne usunięcie z zawodu, bez udziału sądu, bez wyroku, bez procedury odwoławczej. Co więcej, decyzję potwierdzającą takie „samozrzeczenie” podejmować ma Prezydent RP, czyli głowa państwa staje się ostatecznym kadrowym sądów. Konstytucyjna niezależność (Art. 10) trójpodziału i równowagi władzy sądowniczej od władzy politycznej? Spokojnie, nasz polityczny Trybunał Konstytucyjny to ogranie i wyjaśni nam żuczkom jak rozumieć niezależność władzy sądowniczej od politycznej.
Co to znaczy w praktyce: Wyobraźmy sobie lekarza który odmawia prowadzenia operacji z drugim lekarzem z dyplomem zaocznym Collegium Tumanum, bo uważa drugiego lekarza za zagrożenie dla życia pacjenta. Projekt mówi mu:
„Skoro nie operujesz z tym lekarzem, to znaczy, że sam zrezygnowałeś z pracy – nikt cię nie zwolnił, sam odszedłeś”.
Innymi słowy: masz wykonywać polecenia, choćbyś widział, że łamią prawo i naruszają praworządność, a jak odmówisz – wypad z zawodu. Władza próbuje zamaskować czystkę kadrową jako „dobrowolne zrzeczenie się stanowiska”. To jawne odwrócenie logiki odpowiedzialności: nie ten, kto łamie prawo (np. mianując sędziów byle jak), ma problem, tylko ten, kto odmawia firmowania bezprawia. Co więcej, wprowadzenie prezydenta do procesu oznacza dodatkową centralizację – to prezydent (choć w praktyce jego kancelaria) będzie decydował, czy sędzia wyleci z roboty, nadając temu glejt „urzędowego obwieszczenia”.
Poziom autorytaryzmu: 7/9. Mamy tu kroki rodem z podręcznika czystek kadrowych. Bezpiecznik, który pada ofiarą, to niezawisłość sędziowska gwarantowana dożywotnią nominacją. W normalnych warunkach sędziego bardzo trudno usunąć z urzędu (po to, by władza nie mogła grozić zwolnieniem za nieposłuszeństwo). Tu ustanawia się furtkę, by wyrzucić każdego niepokornego w trybie natychmiastowym, pozornie za jego zgodą. Efekt? Każdy sędzia trzy razy się zastanowi, zanim odmówi orzekania z kimś, kogo uważa za przebierańca. „Lojalka albo wylot” – tak można streścić ten mechanizm. To standard rodem z autorytarnych reżimów XX wieku (w firmach też bywa: nie podpisałeś lojalki, to mówimy, że sam zrezygnowałeś).

Moduł 6: „Odszkodowanie za przewlekłość” – finansowy bat na sędziów (do 40 000 zł)
Co jest w projekcie: Na pierwszy rzut oka – rzecz proobywatelska: zwiększamy kwoty odszkodowań za przewlekłość postępowań sądowych. Kto by nie chciał, żeby sądy działały sprawniej, prawda? Projekt przewiduje podwojenie wysokości takich odszkodowań – z obecnych 2–20 tys. zł do 4–40 tys. zł, przy czym w pewnych przypadkach minimalna kwota ma wynosić 6000 zł. Diabeł tkwi w szczegółach: przewlekłość ma być m.in. wtedy, gdy sprawa wraca do ponownego rozpoznania wskutek uchylenia wyroku wydanego przez neosędziego. Co więcej, sędzia, który zawinił przewlekłość, będzie musiał zapłacić odszkodowanie z własnej kieszeni. A jeśli obywatel sam przyczynił się do przedłużenia sprawy, np. domagając się wyłączenia neosędziego, to… traci prawo do odszkodowania za przewlekłość.
Co to znaczy w praktyce: Na papierze – dbałość o obywatela, w rzeczywistości – finansowy lewarek do dyscyplinowania sędziów. Władza znalazła sposób, by sędziowie bali się uchylać wadliwe wyroki lub eliminować z rozpraw osoby o wątpliwym statusie. Bo jeśli to zrobią, można im łatwo przypisać przewlekłość i kazać płacić. Zamiast więc myśleć o sprawiedliwości, sędzia będzie kalkulował:
„jak zachowam się praworządnie i uchylę ten wyrok, to zapłacę 40 tysięcy…”.
Analogią: firma daje klientom prawo do reklamacji, ale jednocześnie wydaje wewnętrzne zarządzenie: jeśli kontroler jakości uzna reklamacje, to za wadliwy produkt płaci z własnej kieszeni. Skutek – żadnych reklamacji nie będzie, nikt nie wykryje żadnych wad. Tu jest podobnie: odstraszanie ekonomiczne.
Poziom autorytaryzmu: 5/9. Znów wchodzimy na poziom, gdzie ekonomia staje się narzędziem nacisku politycznego. Bezpiecznik, który zostaje przeciążony, to niezależność orzecznicza pod osłoną stabilności finansowej. Dotąd sędzia, podejmując niepopularne populistom decyzje, musiał liczyć się z ich krytyką lub hejtem, ale nie z tym, że zapłaci za to z własnej kieszeni. Teraz każdy wyrok „nie po linii” może skończyć się rachunkiem do zapłaty. Władza sprytnie opakowała to hasłem „walki z przewlekłością” – przecież kto się odważy bronić przewlekłości? Jednak prawdziwy cel widać po haczykach: odszkodowanie 6000+ zł konkretnie za sprawy z neo-sędziami i odcięcie obywatelom możliwości skargi, jeśli próbują wyrugować nielegalnego sędziego. To nie jest reforma usprawniająca sądy – to bat ukryty w prospołecznym sloganie.
Moduł 7: Zakaz stowarzyszeń sędziowskich + oświadczenia z przeszłości
Co jest w projekcie: Władza bierze na celownik niezależne organizacje sędziowskie i kontakty sędziów ze społeczeństwem. Projekt wprowadza zakaz przynależności sędziego do zrzeszeń, których statut przewiduje obowiązek podporządkowania się uchwałom władz stowarzyszenia. Brzmi technicznie, ale uderza wprost w największe i najbardziej aktywne stowarzyszenie sędziowskie – Iustitię, która ma taki zapis statutowy (i skupia około 4 tysięcy sędziów). Jednocześnie wprowadza obowiązek jawności powiązań: na wniosek strony procesu sędzia będzie musiał złożyć oświadczenie o tym, do jakich stowarzyszeń czy fundacji należy oraz czy przed powołaniem na urząd (również przed 1989 rokiem) należał do partii. Ma na to 14 dni od wyznaczenia do składu w danej sprawie. Brak takiego oświadczenia = dyscyplinarka.
Prezydent RP ambasadorem marki. Rodzina Nawrockiego buduje „patriotyczny” biznes
Co to znaczy w praktyce: „Neutralność” przez izolację. Władza mówi sędziom: macie być jak mnisi w klasztorze. Żadnych stowarzyszeń zawodowych broniących waszych praw (bo mogą dzielić się z Wami wiedzą, a jedyne co musicie wiedzieć to posłuszeństwo wobec nas, myślicie samodzielnie? niedopuszczalne!). Żadnych aktywności społecznych czy edukacyjnych z obywatelami, bo to można podciągnąć pod „działalność publiczną nie dającą się pogodzić z niezawisłością” (tak, taki ogólnik też dorzucili). Mało tego – każdy wasz ślad organizacyjny ma być ujawniony: jeśli kiedyś działałeś w Amnesty International, pijesz kawę z lokalnym klubem dyskusyjnym, to wszystko ma trafić do akt sprawy. Oczywiście „dla transparentności”, a tak naprawdę żeby zawsze dało się rzucić cień podejrzenia na twoją bezstronność. Europejskie standardy? Trzeszczą w szwach. TSUE już w 2023 roku zakwestionował zmuszanie sędziów do ujawniania przynależności do stowarzyszeń, uznając to za element kagańcowej ustawy. Ale co tam wyroki TSUE – „suwerenność” ważniejsza (o tym za chwilę).
Poziom autorytaryzmu: 6/9. To poziom państwa kontrolującego swoich funkcjonariuszy niczym w folwarku. Państwo nadzoru i lojalek – sędzia ma czuć, że jest cały czas obserwowany i że najlepiej, by nie angażował się w nic poza orzekaniem (czytaj: „ma siedzieć cicho”). Bezpieczniki, które tu giną, to wolność zrzeszania się (art. 12 Konstytucji) i swoboda wypowiedzi sędziów. Władza dobrze wie, że siłą niezależnych sędziów jest solidarność i poczucie wspólnoty wartości moralnych (patrz: Iustitia) oraz kontakt ze społeczeństwem (edukacja prawna, spotkania). Dlatego próbuje jedno i drugie rozmontować: zabronić Iustitii i nastraszyć konsekwencjami za każdą aktywność poza salą rozpraw. Doprowadzić do izolacji i zastraszyć – czy to już było kiedyś w historii? Analogią: kazaliby strażakom składać oświadczenia, z kim piją kawę, bo może to wpływa na „bezstronność gaszenia pożarów”. Absurd?
Moduł 8: Rozszerzenie deliktów dyscyplinarnych + przedawnienie 8/10 lat
Co jest w projekcie: Jakby mało było sankcji karnych, projekt rozbudowuje też katalog przewinień dyscyplinarnych sędziego. Teraz dyscyplinarkę będzie można dostać m.in. za ocenianie statusu sędziego (czyli np. powiedzenie na sali rozpraw: „uważam, że ten pan obok mnie nie jest legalnie powołany”), za krytykowanie neo-KRS czy wyroków/uchwał nielegalnego TK, za przynależność do zakazanego stowarzyszenia (vide poprzedni moduł) oraz za ową „działalność publiczną niedającą się pogodzić…” z niezależnością sądów. Słowem: wszystko, co władza uzna za niepożądane u sędziów, stanie się deliktem. A teraz deser: wydłużenie okresu przedawnienia tych przewinień – z obecnych 5 lat (8 lat, jeśli wszczęto postępowanie) do 8 lat (10 lat przy wszczęciu). Sprawa dyscyplinarna może się więc ciągnąć za sędzią całą dekadę niczym cień.
Co to znaczy w praktyce: „Nie zapomnimy. Wrócimy po ciebie.” – tak można streścić przekaz władzy. Efekt mrożący nabiera tu wymiaru czasowego: nawet jeśli teraz rząd zmienił się na bardziej przyjazny praworządności, to sędzia-krytyk reform i tak ma się bać, bo za X lat poprzednia ekipa może wrócić i wtedy go rozliczy. Wydłużenie czasu na wszczęcie i prowadzenie dyscyplinarek to sygnał:
„możecie być ścigani długo, cierpliwość autorytarna nie zna granic”.
Już za rządów PiS rzecznik dyscyplinarny potrafił trzymać hak latami i uderzyć przy politycznej okazji. Teraz to sankcjonują. Analogią: to tak, jakby trzymać kogoś 10 lat w kolejce do kontroli bezpieczeństwa na lotnisku – aż w końcu sam zrezygnuje z latania, bo ile można żyć w niepewności. Sędziowie mają sobie pomyśleć:
„może lepiej siedzieć cicho przez najbliższe lata, bo nie wiadomo, kto tu będzie rządził w 2030…”.
Żeby połączyć kropki – to czy rzecznikiem dyscyplinarnym może być osoba, która wyjaśnia osobie naruszającej kodeks karny, że „za czynienie dobra nie wsadzamy”? Czy powrót takich rzeczników w połączeniu z tą ustawką, to krok w stronę wolnych sądów?
Poziom autorytaryzmu: 6/9. To poziom, gdzie strach zostaje zinstytucjonalizowany na dekadę. Bezpiecznik demokratyczny, który tu zostaje wysadzony, to odpowiedzialność dyscyplinarna ograniczona do realnych przewinień i rozsądnych ram czasowych. Teraz przewinieniem będzie nieposłuszeństwo, niewygodna wypowiedź, nie taka przynależność – słowem, wszystko, co polityczna władza zechce. A ramy czasowe? Tak długie, by dało się dobrać do skóry nawet po latach. W normalnym państwie prawo dyscyplinarne ma dbać o etykę i sprawność sądów; w tym scenariuszu staje się kagańcem z długim łańcuchem żebyś orzekał jak chcemy – a jak – to zawsze nasz człowiek Ci powie. Jeśli sędzia nie rozumie, to przecież możemy zawsze zacisnąć kaganiec.
Moduł 9: Wyjęcie spod standardów UE – kurs na zderzenie z Europą
Co jest w projekcie: Co ciekawe, w projekcie ani razu nie pada skrót „UE”. Jednak cały plan oznacza w praktyce wyjęcie polskiego sądownictwa spod konstytucyjnych, moralnych i europejskich standardów. Kilka faktów dla porządku: prawo UE (art. 19 ust. 1 TUE) wymaga, by krajowe sądy zapewniały skuteczną ochronę prawną i były niezależne. W 2023 roku TSUE w sprawie C‑204/21 jasno powiedział, że Polska narusza unijny traktat, m.in. zakazując sędziom badania legalności powołań i strasząc ich dyscyplinarkami za stosowanie prawa UE. Teraz prezydent proponuje dokładnie to, tylko ostrzej: zakazuje stosowania wyroków TSUE i ETPCz, grozi za to więzieniem i wyrzuceniem z pracy. Ba, projekt stanowi wręcz, że sędzia „nie może kwestionować orzeczeń naszego upolitycznionego Trybunału Konstytucyjnego”, nawet jeśli ten wydaje niedorzeczne „wyroki”, przekraczając swoje uprawnienia i do tego w nielegalnym składzie.
Co to znaczy w praktyce: Polska wchodzi na kurs kolizyjny z UE. Tego nie trzeba nawet zapisywać wprost – wystarczy mechanika przepisów. Gdy sędzia, chcąc dochować prawa UE, zechce np. pominąć wyrok marionetkowego TK sprzeczny z prawem unijnym, to… będzie przestępcą (Moduł 1 i 2), jego orzeczenie zostanie unieważnione (Moduł 3), dostanie dyscyplinarkę (Moduł 8) i wyleci z zawodu (Moduł 5). Gra skończona. W ten sposób projekt ustawy de facto wyłącza stosowanie prawa europejskiego w polskich sądach, bo ma zamrozić sędziów w posłuszeństwie wobec krajowych politycznych „poleceń”. To tak, jakby zakleić taśmą kontrolkę „Sprawdź stan oleju” w samochodzie i triumfalnie oznajmić: wszystko ok, bo kontrolka już nie świeci. Rządzący może i ogłoszą sukces suwerenności, ale cena będzie wysoka: od zderzenia z TSUE (kolejne wyroki i kary finansowe dla Polski) po realne ryzyko polexitu prawnego, czyli funkcjonalnego wyprowadzenia nas z porządku prawnego UE. W praktyce po ilu latach takiego kolizyjnego kursu, rosnących sankcji na Polskę, w końcu okrzykną, że UE nas okrada i pora ją opuścić?
Poziom autorytaryzmu: 9/9. Level hard. Autorytaryzm w pełnej krasie – kraj, w którym władza wykonawcza i ustawodawcza podporządkowała sobie władzę sądowniczą tak bardzo, że ta ostatnia przestaje pełnić swoją konstytucyjną funkcję. Pada tu ostatni bezpiecznik: rządy prawa w znaczeniu moralnym, sprawiedliwym, zgodnym z normami chrześcijańskimi i kulturą europejską. To już nie tylko kwestia polskiego podwórka – to podważenie fundamentów Wspólnoty, do której należymy. A wszystko w białych rękawiczkach, pod hasłami „porządku” i „suwerenności”.
Autorytaryzm z wizytówką: kuriozalny przepis o „sposobie autorytarnym”
I tu dochodzimy do momentu, w którym rzeczywistość przerosła satyrę. W prezydenckim projekcie znalazł się zapis, że obwieszczenie Prezydenta o wolnym stanowisku sędziowskim ma być podane do wiadomości „w sposób autorytarny”. Tak, dobrze czytacie – autorytarny. Najwyraźniej autorzy projektu chcieli napisać „w sposób autorytatywny” (tj. wiążący), ale freudowska pomyłka sprawiła, że czarno na białym przyznali się do intencji.
„Obwieszczenie […] jest czynnością urzędową Prezydenta […] polegającą na podaniu do publicznej wiadomości w sposób autorytarny informacji o wolnych stanowiskach sędziowskich…”
Cóż można dodać? Zwykle autorytaryzm skrada się po cichu. Tutaj najwyraźniej przyszedł z wizytówką i poprosił o urzędową pieczątkę. Tego rodzaju lapsus – choć zapewne zostanie poprawiony w kolejnym druku projektu – dobitnie pokazuje, dokąd zmierza ta ustawa. Skoro sami projektodawcy nazywają swoje dzieło autorytarnym, to chyba czas odstąpić od stołu i przerwać tę grę. Autorytaryzm na wzór którego reżimu tu fundujecie?

Po co nam niezależny sędzia?
Żeby nie utonąć w szczegółach, dlaczego tak uparcie mówimy o niezależności sądów i niezawisłości sędziów? Niezależny sędzia to nasza gwarancja uczciwego meczu, nawet gdy na boisko wchodzi państwo ze swoim aparatem – Pegasusem, aparatem władzy, instytucjami. Gdy urząd skarbowy pomyli cię z oszustem, gdy policjant nadużyje władzy, gdy polityk zechce zamieść aferę pod dywan – tylko niezależny sąd może powiedzieć „sprawdzam”.
Sąd ma być miejscem, gdzie słoń (państwo z całą swoją masą) przestaje być świętą krową. Pytanie „czy sędzia jest niezależny” jest więc jak pytanie o spadochron przed skokiem tandemowym – nie z przekory, tylko dla bezpieczeństwa. Nie pytasz pilota o licencję, żeby go obrazić, ale dlatego, że lubisz bezpiecznie lądować. Jeśli sędzia miałby się bać polityka, to obywatel w sądzie nie znajdzie już sprawiedliwości, tylko wyrok z politycznej instrukcji.
Konstytucja RP mówi jasno – sądy są odrębną władzą, niezależną od innych (art. 173), a sędziowie w sprawowaniu swojego urzędu są niezawiśli (art. 178 ust. 1), podlegają tylko Konstytucji i ustawom. Projekt „Prawo do sądu” w wielu punktach wprost lub pośrednio łamie te zasady, podporządkowując sędziów innym władzom (np. prezydentowi przy decyzjach kadrowych) i odbierając sądom możliwość badania zgodności z Konstytucją działań władzy. W wymiarze międzynarodowym też zapala się czerwone światło: art. 19 ust. 1 Traktatu o UE zobowiązuje Polskę do zapewnienia efektywnej ochrony prawnej poprzez niezależne sądy, co podkreślał TSUE. Ponadto orzeczenie TSUE z 5 czerwca 2023 r. (C‑204/21) skrytykowało dokładnie takie działania, jakie teraz proponuje prezydent – penalizowanie badania statusu sędziego, uznawanie orzeczeń za niebyłe i zastraszanie dyscyplinarkami.
Europejski Trybunał Praw Człowieka również ma tu coś do powiedzenia: w sprawie Baka p. Węgrom (2016) uznał, że karanie lub usuwanie sędziów za publiczną krytykę reform narusza wolność wypowiedzi i podważa niezależność sądownictwa.
Do tego dochodzą standardy ONZ (Podstawowe Zasady dot. Niezawisłości Sądownictwa z 1985 r.) i Rady Europy (np. Rekomendacja CM/Rec(2010)12), które mówią jasno: sędziowie powinni być wolni od nacisków, mieć prawo zrzeszania się i wypowiadania w kwestiach dotyczących wymiaru sprawiedliwości – bo to służy obywatelom. Ten projekt kłóci się z tym wszystkim, idąc w kierunku modelu „sądów telefonicznych” znanych z ponurych czasów PRL.
Choć takie orzeczenia rodem z czasów PRL w których o wyniku sprawy (albo o kierunku orzekania) zdecydował nie materiał dowodowy i prawo, tylko „telefon” z ośrodka władzy były w wydaniu neo-sędziów już widocznym faktem, zgodnie z tym projektem, ma to stać się normą.
Nawrocki z „Solidarnością” pompuje nieistniejący temat podwyższenia wieku emerytalnego
Autorytarny podręcznik: techniki z XX wieku krok po kroku
Projekt „Prawo do sądu” jest przedstawiany jako reforma, ale gdy rozłożymy go na czynniki pierwsze, wyłania się schemat znany z autorytaryzmów XX wieku – od komunizmu po faszyzm. Nie chodzi o etykietki rzucane na oślep, tylko o konkretne techniki przejmowania kontroli nad sądami, które historia już widziała. Oto podręcznik autorytaryzmu w pigułce:
- Zawłaszczenie języka: Najpierw zmieniasz znaczenie słów. Mówisz „reforma, porządek, naprawa”, choć w istocie demontujesz instytucje. Krytyków nazywasz wichrzycielami, chaos przypisujesz tym, co chcą prawa przestrzegać. Dzięki temu część społeczeństwa nawet nie zorientuje się, że dzieje się coś złego – wszak kto by był przeciw porządkowi czy stabilności?
- Zakaz diagnozy: Kolejny krok – nie wolno nazywać problemu po imieniu. Ustawowo zabraniasz mówić o „niezależności sędziego”, „legalności nominacji”, „wadliwości ustaw”. Problem znika z przestrzeni publicznej, bo staje się niewyrażalny. To typowe dla reżimów: cenzura prewencyjna. Nie można krytykować partii – bo to kontrrewolucja. Nie można kwestionować przywódcy – bo to zamach stanu. U nas: nie można kwestionować „organów” – bo to przestępstwo.
- Penalizacja sprzeciwu: Gdy ludzie nadal się upierają, wkracza kodeks karny. W autorytaryzmie zawsze przychodzi moment, gdy strach przed więzieniem ucisza resztki oporu. U nas – więzienie do 5 lat za zadawanie pytań, do 10 lat jeśli władza uzna, że pytasz „dla korzyści”. To już nie są żarty. W PRL za opór była cela, w III Rzeszy – obóz, a tu – niby demokracja, ale paragrafy jakby znajomo surowe.
- „Gumkowanie” wyroków: Totalna władza nie może dopuścić, by niezależny sąd podważył jej decyzje. Dlatego daje sobie do ręki gumkę myszkę – unieważnia wyroki ex lege. W autorytaryzmach klasycznych robiono to bardziej brutalnie (np. telefon do sędziego z poleceniem zmiany wyroku albo ponowne, pokazowe procesy). Tu postawiono na automatyzm: wyrok nie pasuje? To tak, jakby go nie było. System sam wyczyści „błąd”.
- Ekonomiczny szantaż: Kasa też bywa narzędziem kontroli. Sędzia ma rodzinę na utrzymaniu? To zastanowi się dwa razy, zanim zaryzykuje karę finansową czy utratę dodatku. Autorytarne reżimy często uderzały w portfel niepokornych (degradacje, przeniesienia na niższe stanowiska, obniżki płac). Tutaj mamy bat finansowy pod płaszczykiem dbania o interes obywatela – sprytnie, bo trudniej krytykować.
- Czystki i lojalizacja kadr: Ostatni etap – pozbycie się niewygodnych ludzi i zastąpienie ich swoimi. W projekcie widzimy to wyraźnie: automatyczne wyrzucanie sędziów „nieposłusznych”, zakaz stowarzyszeń (żeby nie mieli wsparcia), prezydent obsadzający stanowiska i ustalający reguły (żeby nowy narybek był z klucza). To już nie jest reforma, to instalacja posłusznej armii urzędników w togach. Tak robiły dyktatury – od stalinowskich czystek w sądach, po podporządkowanie sądów Orbanowi na Węgrzech.
Podsumowując: autorytaryzm rzadko wpada drzwiami z napisem „jestem zamordyzm”. Częściej wchodzi oknem z szyldem „regulamin ciszy nocnej” – najpierw prosi o spokój po 22:00 (kto by nie chciał ciszy?), potem stopniowo rozszerza ciszę na całe dnie. Nim się obejrzysz, cisza obowiązuje 24/7, a każdy, kto krzyknie „ratunku”, staje się wrogiem porządku. Ten projekt to właśnie takie okno – uchylone niby dla naszego dobra, lecz za nim wchodzi coś bardzo groźnego.
Czy balon populizmu pękł? Absurd zawijany w sreberka z orłem
Władza długo pompuje balon wielkich słów: chaos, porządek, bezpieczeństwo, naprawa. Ale kiedy balon pęka, wylatuje z niego czysty absurd. Aż trudno uwierzyć, ile tego absurdu się tam zmieściło: więzienie za wątpliwość, dyscyplinarka za test bezstronności, gumka „z mocy prawa” wymazująca niewygodne wyroki. Na naszych oczach rządzący próbują sprzedać obywatelom bajkę, że to wszystko dla dobra prawa do sądu. Tyle, że w praktyce to ustawa o nakazie milczenia sądów. Projekt udaje, że leczy „chaos”, jeśli coś stuka, to nie naprawiamy mechanizmu – zakazujemy słuchać, tych co jeszcze coś słyszą posadzimy, lub zniszczymy.
I wiecie co? Oni naprawdę liczą, że ktoś to kupi. Świstaki siedzą i zawijają ten bełkot w sreberka z polskim orłem, mówiąc: „to tylko naprawa”. Rządzący prezentują ten legislacyjny bubel z dumą, jakby rozdawali cukierki owinięte w patriotyczny papierek. Patrzymy na to i oczom nie wierzymy: czy ktoś tu myśli, że społeczeństwo da się nabrać na tak toporną propagandę? Balon populizmu pękł – i widać, co było w środku. To, co wypada z tego balonu, przypomina bardziej kabaret żenady niż poważne prawo. Tyle że konsekwencje wcale nie będą śmieszne, jeśli pozwolimy temu czemuś stać się obowiązującą ustawą.
Co może zrobić obywatel, zanim będzie za późno?
Na koniec najważniejsze: co możesz zrobić TY, drogi Czytelniku (oprócz złapania się za głowę)? Oto kilka konkretnych kroków, zanim cisza nocna zapadnie na dobre (a kolejna wolna prasa zostanie kupiona przez kolejną spółkę państwową lub zlikwidowana):
- Czytaj źródło, nie tylko komentarze – wiem, brzmi banalnie, ale warto samemu zajrzeć do projektu ustawy i jego uzasadnienia (dostępne na stronie Prezydenta RP). Przekonasz się, czarno na białym, co tam jest napisane. Nie trzeba być prawnikiem, by wychwycić te „autorytarne” kwiatki. Uzbrój się w wiedzę – propaganda lubi prożnię informacyjną.
- Wspieraj watchdogi i organizacje prawnicze – takie jak Wolne Sądy, Archiwum Osiatyńskiego, stowarzyszenia sędziowskie (Iustitia, Themis) czy organizacje broniące praw człowieka. Możesz to robić finansowo, ale też poprzez udostępnianie ich analiz, raportów, uczestnictwo w akcjach. To oni często wykonują mrówczą pracę patrzenia władzy na ręce – pracę, która powinna być domeną instytucji państwa, ale te zawodzą.
- Nie daj sobie wmówić fałszywego dylematu – zapewne usłyszysz narrację: „Albo porządek w sądach, albo praworządność, coś trzeba wybrać”. To bzdura. Pozorne dylematy to standardowa technika manipulacji. Praworządność jest warunkiem prawdziwego porządku, a nie przeszkodą. Bez niezależnych sądów żaden obywatel nie może spać spokojnie, bo nie ma gwarancji uczciwego procesu ani kontroli nad władzą. Nie ma sprzeczności między sprawnym sądem a niezależnym sądem – sprzeczność jest między dyktatem a prawem. Tę sprzeczność każdy z nas musi dostrzec, zanim będzie za późno.
Miejmy nadzieję, że zdrowy rozsądek wygra, a ten „naprawczy” balast nigdy nie przekroczy bram żenady i nie trafi pod obrady. Jego miejsce jest tam, gdzie historia pochowała innych autorytarnych dyktatorów – na historycznym cmentarzu pogardy.
Źródła
- Kancelaria Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. (2026, 19 lutego). Projekt ustawy o przywróceniu prawa do sądu oraz rozpoznania sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki [PDF].
- Jałoszewski, M. (2026, 20 lutego). Nawrocki chce wsadzać sędziów do więzienia na 10 lat! Za stosowanie prawa UE. OKO.press.
- Sejm Rzeczypospolitej Polskiej. (1997). Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej (art. 173, art. 178).
- Court of Justice of the European Union. (2023, June 5). European Commission v Republic of Poland (C-204/21). EUR-Lex.
- European Union. (n.d.). Treaty on European Union, Article 19(1).
- European Commission. (n.d.). What defines the rule of law? (Rule of law mechanism explainer).
- European Court of Human Rights. (2016). Baka v. Hungary (Grand Chamber judgment). HUDOC.
- United Nations. (1985). Basic Principles on the Independence of the Judiciary.
- Council of Europe. (2010). Recommendation CM/Rec(2010)12 on judges: independence, efficiency and responsibilities.
Czytaj więcej



