Kolejna rocznica tragedii na Giewoncie. Polskie badania pomogą ratować ofiary piorunów
Mija siedem lat od tragicznej burzy w Tatrach, w której zginęły 4 osoby a ucierpiało kolejnych 131. Zebrane unikalne dane pomagają lekarzom na całym świecie
Dla wielu turystów odwiedzających polskie Tatry wejście na Giewont pod zabytkowy, żelazny krzyż to niemal punkt obowiązkowy. Można zrezygnować z wjazdu kolejką na Kasprowy Wierch, ale na Giewont po prostu trzeba się wspiąć.
Każdego roku ruszają na wspinaczkę dziesiątki tysięcy osób. Obok doświadczonych turystów w porządnych markowych górskich butach, na szlaku spotkać można ludzi w zwykłych tenisówkach, a nawet sandałach. Przy sprzyjającej pogodzie trasa nie uchodzi za trudną, choć jej końcowy, skalisty odcinek jest stromy i wspinamy się korzystając z zainstalowanych dla ułatwienia metalowych łańcuchów.
Tak własnie było 22 sierpnia 2019 roku. Tłumy turystów tłoczyły się pod szczytem szczyt, inni odpoczywali pod krzyżem, kolejni schodzili do Zakopca. Wtedy nastąpiło gwałtowne załamanie pogody.
Piorun o natężeniu około 153 tysięcy amperów uderzył bezpośrednio w żelazny krzyż. Gigantyczna energia błyskawicznie rozeszła się po metalowej konstrukcji, mokrych skałach i łańcuchach. Rażonych zostało aż 131 osób. Cztery z nich – w tym dwoje dzieci – zginęły na miejscu.
22 sierpnia 2026 roku mija dokładnie siedem lat od tej tragedii, jednak lekarze i naukowcy nadal analizują jej skutki. Dokumentacja medyczna ponad stu pacjentów poszkodowanych w jednym momencie stanowi unikalny w skali świata materiał badawczy. Wnioski z tych analiz mogą w przyszłości pomóc ratownikom i szpitalom w skuteczniejszym niesieniu pomocy podczas podobnych katastrof.
Kolejka na Kasprowy Wierch świętuje 90 lat. Jak II RP zbudowała tatrzański cud techniki?
Krzyż na Giewoncie góruje nad szczytem od 1901 roku
Żelazny krzyż na Wielkim Giewoncie liczy 17,5 metra wysokości, z czego 2,5 metra osadzono głęboko w skale, dzięki czemu konstrukcja góruje nad szczytem na wysokość 15 metrów. Jego poprzeczne ramię mierzy natomiast 5,5 metra.
Ta potężna konstrukcja składa się z około 400 żelaznych elementów i waży aż 1819 kilogramów. Inicjatorami tego niezwykłego przedsięwzięcia byli zakopiańscy parafianie oraz proboszcz, ks. Kazimierz Kaszelewski, którzy chcieli w ten sposób upamiętnić 1900. rocznicę narodzin Jezusa Chrystusa.
Wszystkie elementy przygotowała fabryka Józefa Góreckiego w Krakowie, skąd pociągiem przetransportowano je do Zakopanego. Następnie mieszkańcy przewieźli części wozami konnymi na Halę Kondratową. Stamtąd około 500 górali i ochotników własnymi rękami wniosło na sam szczyt nie tylko ciężkie żelazo, ale również cement, piasek oraz wodę niezbędną do budowy.
Montaż na wierzchołku trwał zaledwie kilka dni – od 3 do 9 lipca 1901 roku, a uroczystego poświęcenia krzyża dokonał 19 sierpnia 1901 roku ks. Władysław Bandurski.

Dziś krzyż to jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli Tatr. Jednocześnie stanowi on jednak ogromne zagrożenie, górując nad całkowicie odsłoniętym szczytem.
Piorun uderzył, gdy turyści próbowali zejść
Burza nad Giewontem rozwinęła się błyskawicznie. Choć część turystów rzuciła się do ucieczki w dół, setki osób wciąż znajdowały się na samym szczycie oraz w pobliżu metalowych łańcuchów.
Główne, potężne wyładowanie trafiło bezpośrednio w krzyż. Prąd natychmiast przepłynął przez konstrukcję i gwałtownie rozprzestrzenił się po mokrym, skalnym podłożu. Sytuację pogorszył fakt, że kolejne, nieco słabsze pioruny uderzyły w rejon szczytu jeszcze dwukrotnie – już w trakcie trwania akcji ratunkowej.
Poszkodowani doznali rozległych oparzeń, głębokich ran, urazów serca, ciężkich obrażeń neurologicznych oraz trwałego uszkodzenia wzroku i słuchu. Towarzysząca wyładowaniu fala uderzeniowa miała niszczycielską siłę: zrzucała ludzi ze stromych zboczy, rozrywała na nich ubrania i rzucała wokół ostrymi odłamkami skał.
Akcję ratunkową ze szpitala w Zakopanem koordynował dr Sylweriusz Kosiński – lekarz oraz ratownik TOPR (Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego). To on stanął później na czele interdyscyplinarnego zespołu naukowców, który szczegółowo zbadał medyczne skutki tego masowego porażenia.
„Coś, co zdarzyło się raz, może się powtórzyć. Musimy być gotowi na tego typu sytuacje i musimy mieć procedury oraz wzorce postępowania” – ostrzega dr Kosiński w rozmowie z serwisem Nauka w Polsce .
Niewyobrażalna skala tej katastrofy zmusiła służby ratunkowe do improwizacji i działania poza ramami standardowych procedur. Typowe scenariusze ćwiczeń ratowniczych zakładają pomoc kilku lub najwyżej kilkunastu poszkodowanym. Tymczasem na Giewoncie ratownicy musieli w tym samym momencie dotrzeć do ponad stu ofiar rozproszonych w skrajnie trudnym, wysokogórskim terenie.
Białka Tatrzańska nie tylko zimą. Spacer nad rzeką, Litwinka i piękne widoki na góry
Lekarze zbadali ponad sto osób porażonych jednym piorunem
Naukowcy niezwykle rzadko mają okazję zbadać tak liczną grupę osób poszkodowanych w wyniku jednego wyładowania. Zazwyczaj część ofiar ginie na miejscu, a osoby z lżejszymi objawami w ogóle nie zgłaszają się po pomoc medyczną, co utrudnia pełną ocenę zjawiska.
Po katastrofie na Giewoncie do szpitali trafiło jednak ponad stu pacjentów. Badacze skrupulatnie odtworzyli przebieg zdarzeń dla każdego z nich: ustalili dokładne miejsce pobytu w chwili uderzenia, drogę, jaką prąd pokonał przez ciało, oraz natychmiastowe obrażenia powypadkowe.
Na tym praca lekarzy się nie skończyła – naukowcy długofalowo monitorowali stan zdrowia poszkodowanych. Sprawdzali, czy i jakie późne powikłania pojawiają się po kilku godzinach, dniach, a nawet miesiącach od porażenia.
„Dane dotyczące porażeń piorunem na świecie są ograniczone. (…) Do nas trafiło ponad 100 osób rażonych tym samym piorunem, dysponowaliśmy więc unikalnymi w skali świata danymi. Możemy więc wypełnić lukę w piśmiennictwie o skutkach zdarzenia masowego spowodowanego uderzeniem piorunem” – wyjaśnił dr Sylweriusz Kosiński.
Jednym z kluczowych elementów pracy zespołu była szczegółowa analiza uszkodzeń serca wywołanych przez prąd o wysokim napięciu. Prestiżowe wyniki tych pionierskich badań zostały opublikowane w międzynarodowym czasopiśmie naukowym „Communications Medicine”.
TOPR ewakuował turystów śmigłowcem z Orlej Perci. Po burzach pomocy potrzebowało 13 osób
Prawie połowa zbadanych miała oznaki uszkodzenia serca
Silny impuls elektryczny może błyskawicznie zaburzyć rytm serca, doprowadzić do nagłego zatrzymania krążenia lub trwale uszkodzić mięsień sercowy. Co zdradliwe, część tych zmian nie daje natychmiastowych objawów i rozwija się w ukryciu dopiero po kilku godzinach lub dniach.
Aby wykryć te niewidoczne uszkodzenia, lekarze badali u poszkodowanych poziom wysokoczułej troponiny sercowej. Organizm uwalnia to specyficzne białko do krwi tylko wtedy, gdy dochodzi do martwicy lub uszkodzenia komórek mięśnia sercowego (kardiomiocytów).
Badacze wykryli podwyższone stężenie troponiny aż u 46 procent pacjentów, u których przeprowadzono testy laboratoryjne. Co kluczowe, w wielu tych przypadkach zapis EKG nie wykazywał żadnych odchyleń od normy. Udowodniono w ten sposób, że prawidłowy wynik elektrokardiogramu nie wyklucza poważnych obrażeń wewnętrznych wywołanych przez prąd.
„U pacjentów z Giewontu (…) wykonywaliśmy badania enzymów sercowych, których poziom wzrasta w sytuacji uszkodzenia mięśnia sercowego. Powikłania te mogą ujawnić się po kilku godzinach, a nawet dniach i bywają śmiertelne” – wyjaśnił dr Sylweriusz Kosiński.
O tym, jak podstępne bywa porażenie, świadczy przypadek jednego z pacjentów. Mężczyzna nie był nawet pewien, czy prąd przez niego przepłynął, ponieważ stracił przytomność natychmiast po wyładowaniu. Dopiero szczegółowe analizy szpitalne ujawniły u niego krytycznie wysoki poziom markerów uszkodzenia serca.
Bilety do parków narodowych zdrożeją? Rząd szykuje nową dopłatę dla TOPR i GOPR
Fala uderzeniowa rozrywała buty i wyrzucała skały
Impuls elektryczny to nie jedyne zagrożenie – piorun ranił turystów na wiele innych sposobów. Potężne wyładowanie błyskawicznie rozgrzało otaczające powietrze, które gwałtownie zwiększając swoją objętość, wytworzyło niszczycielską falę uderzeniową.
„Temperatura wewnątrz pioruna jest porównywalna z temperaturą powierzchni Słońca. Gdy powietrze wokół niego gwałtownie się rozpręża, efekt przypomina wybuch bomby. Fala uderzeniowa i wtórne efekty z nią związane – wywołane odparowaniem wody ze skóry czy eksplozją butów – powodują, że ofiary bywają odrzucane na kilkanaście metrów” – wyjaśnił dr Sylweriusz Kosiński.
Prąd w ułamku sekundy doprowadził do wrzenia wodę zgromadzoną w przemoczonych ubraniach i butach turystów. Nagła zmiana w parę wodną wywołała gigantyczny skok ciśnienia, który dosłownie rozrywał obuwie. Na miejscu tragedii ratownicy odnajdowali spalone telefony, stopione zegarki i strzępy ubrań.

Równie niszczycielska siła zadziałała na skały. Wyładowanie odparowało wodę uwięzioną w szczelinach skał, powodując ich rozsadzenie. Odłamki skalne fruwały jak pociski – z uda jednego z poszkodowanych lekarze musieli operacyjnie wydobyć kamień wielkości piłki tenisowej.
U wielu osób wystąpiła także keraunoparalysis, czyli specyficzne dla porażeń piorunem, przejściowe porażenie kończyn. U jednego z pacjentów nogi stały się sine, przybierając wręcz śliwkowy kolor. Choć stan ten zazwyczaj samoistnie ustępuje po kilku godzinach, bezpośrednio po uderzeniu uniemożliwiał ofiarom drogę do samodzielnej ucieczki.
Katastrofa – u części pacjentów spowodowała uszkodzenia wzroku i słuchu. Niektórzy z nich z powodu uszkodzeń bębenków usznych do dziś muszą korzystać z aparatów słuchowych.
Niech cię piorun nie strzeli. Gdzie jest bezpiecznie podczas burzy?
Jak zachować się podczas burzy w górach i na otwartej przestrzeni?
Najskuteczniejszą ochronę zapewnia zejście z odsłoniętego terenu, zanim burza znajdzie się nad szlakiem. Turyści powinni sprawdzić prognozę przed wyjściem, obserwować chmury i natychmiast zawrócić, gdy usłyszą grzmot.
„Przed wyjściem sprawdzajmy prognozy, ale pamiętajmy też, że w górach burze bywają nieprzewidywalne. Jeśli widzimy, że pogoda się psuje, a w oddali słychać grzmoty – trzeba po prostu zawrócić. W górach nie ma bezpiecznych miejsc. To, gdzie uderzy piorun, to tylko kwestia prawdopodobieństwa” – ostrzegł dr Sylweriusz Kosiński.
Ratownik zaleca stosowanie zasady 30-30. Gdy między błyskiem a grzmotem mija mniej niż 30 sekund, wyładowanie może już zagrozić osobom przebywającym na zewnątrz. Po ostatnim grzmocie trzeba odczekać co najmniej 30 minut przed powrotem na szlak lub otwartą przestrzeń.
„Pamiętajmy, że piorun może razić z bardzo dużej odległości, nawet 20–30 km od chmury burzowej” – podkreślił dr Kosiński.
Podczas burzy w górach trzeba zejść ze szczytu, grani i innych odsłoniętych miejsc. Należy oddalić się od krzyży, masztów, samotnych drzew, metalowych łańcuchów oraz innych wysokich lub przewodzących przedmiotów.
Gdy zejście do budynku nie jest możliwe, trzeba znaleźć miejsce położone niżej niż otaczający teren. Dr Kosiński radzi, aby wykorzystać także niską roślinność.
„Jeśli w górach znajdziemy się w pobliżu kosodrzewiny, najlepiej »wbić się« w nią, by nie wystawać ponad jej poziom” – poradził ratownik.
Na otwartej przestrzeni podczas burzy należy przykucnąć, maksymalnie zbliżyć stopy i ograniczyć kontakt ciała z podłożem. Nie wolno podpierać się dłońmi ani kłaść się na ziemi. Prąd po uderzeniu pioruna rozchodzi się po gruncie, a większa odległość między punktami kontaktu ciała z podłożem zwiększa ryzyko, że przepłynie przez organizm.
Tatry w rozkwicie. Ponad 10 tysięcy obuwików pospolitych – storczyki wracają w wielkim stylu
Dr Marek Kopciuszyński, fizyk z Instytutu Fizyki Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, radzi, jak zachować się podczas burzy w terenie górskim.
- Nie szukaj schronienia pod drzewem, przy krzyżu, maszcie ani przy metalowych elementach szlaku. Oddal się od łańcuchów, barierek i wszelkich przewodzących konstrukcji.
- Nie stój na szczycie ani na grani. Zejdź jak najniżej, w miejsce osłonięte przez teren, ale nie w zagłębienie, w którym może zbierać się woda.
- Nie kładź się na ziemi. To zwiększa ryzyko porażenia, ponieważ prąd po uderzeniu pioruna rozchodzi się po powierzchni gruntu.
- Przykucnij, złącz stopy i trzymaj ręce blisko ciała. Ogranicz kontakt z podłożem do minimum.
- Zachowaj odstęp od innych osób – kilka metrów. Jedno uderzenie może porazić całą grupę stojącą blisko siebie.
- Jeśli masz metalowe przedmioty, odsuń je od ciała i odłóż na bok.
„Nigdy nie należy kłaść się na ziemi w czasie burzy” – podkreśla dr Marek Kopciuszyński.
Odstęp między błyskiem a grzmotem pozwala w przybliżeniu obliczyć odległość od miejsca wyładowania. Dźwięk potrzebuje około trzech sekund, aby pokonać kilometr.
„Warto pamiętać regułę, że odstęp czasu między błyskiem a grzmotem równy trzy sekundy mówi o tym, że wyładowanie nastąpiło około 1 km od nas. To bardzo blisko!” – tłumaczy dr Kopciuszyński.
Góry to nie park rozrywki – pamiętajmy o bezpieczeństwie
Tatry i inne polskie góry przyciągają co roku tłumy turystów i trudno się temu dziwić – widoki, przestrzeń i kontakt z naturą są warte wysiłku. Warto jednak po raz kolejny przypomnieć, że góry to nie Krupówki.
Dlatego przed wyjściem na szlak trzeba się przygotować: sprawdzić prognozę pogody, zaplanować trasę i ocenić własne możliwości. A i nawet wtedy trzeba liczyć się z tym, że warunki mogą się nagle zmienić.
Na szczęście w Tatrach działa TOPR, którego ratownicy wielokrotnie ratują życie turystów. Rozsądek, pokora wobec gór i odpowiedzialne decyzje to najlepszy sposób, by bezpiecznie wrócić ze szlaku – i nie dokładać ratownikom kolejnej pracy.
Źródła: Fakty Plus, naukawpolsce.pl
Koalicja Ateistyczna: katechetów nie powinno być w szkołach
Czytaj więcej



