Biskup Andrzej Jeż skazany. Szokujące kulisy ukrywania pedofilii. Akta o krzywdzonych dzieciach miały być zamykane w sejfie

Biskup Andrzej Jeż skazany. Szokujące zeznania o ukrywaniu pedofilii, dokumentach zamykanych w sejfie i bulwersujących praktykach tarnowskiej kurii. Źródło: Andrzej Gerlach/FB

Szokujące zeznania księży, akta o pedofilii pod kluczem i zarzuty o ukrywanie przestępstw. Sąd nie uwierzył biskupowi Andrzejowi Jeżowi.


Dokumenty dotyczące seksualnego wykorzystywania dzieci przechowywane w kurialnych archiwach, akta zamykane w sejfie biskupa, wstrząsające zeznania duchownych i przestępstwa, które zdążyły się przedawnić. Proces biskupa tarnowskiego Andrzeja Jeża odsłonił bulwersujące szczegóły postępowania kościelnych władz wobec księży krzywdzących dzieci. Prokurator mówił wprost o ukrywaniu pedofilii i „zimnej kalkulacji”. Sąd nie uwierzył w wyjaśnienia hierarchy. 29 października 2026 roku uznał go za winnego dwóch zarzucanych mu czynów. Szczególnie mocno zabrzmiały słowa sędzi Małgorzaty Adamczyk: zadaniem biskupa było „tylko i aż” zawiadomienie organów ścigania.


Przez osiem miesięcy na sali Sądu Rejonowego w Tarnowie wychodziły na jaw kolejne szokujące szczegóły dotyczące przestępstw seksualnych popełnianych przez duchownych i sposobu postępowania ich przełożonych. Przesłuchiwani księża opowiadali o kościelnych dochodzeniach, dokumentach przesyłanych do Watykanu, tajemnicy papieskiej i procedurach, które miały usprawiedliwiać zwłokę w powiadomieniu polskiej prokuratury. Tymczasem za tymi urzędowymi wyjaśnieniami kryły się dramaty dzieci wykorzystywanych przez dorosłych mężczyzn w sutannach.

Na ławie oskarżonych zasiadł biskup Andrzej Jeż, któremu tarnowska prokuratura zarzuciła niezawiadomienie w wymaganym terminie organów ścigania o przestępstwach dwóch podległych mu księży, Stanisława P. i Tomasza K.

Sąd uznał hierarchę za winnego i skazał go na dwa lata ograniczenia wolności.

Przez ten czas 25 procent jego miesięcznego wynagrodzenia ma być przekazywane Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę. Orzeczono również nawiązkę na Fundusz Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej.

Wyrok nie jest prawomocny. Obrona zapowiedziała apelację.

Jeffrey Epstein, źródło: Dept. of Justice
Społeczeństwo

Kościół Katolicki to „Epstein do potęgi”. Teraz Portugalia nie może się otrząsnąć


Sędzia nie uwierzyła biskupowi. Jego wyjaśnienia uznała za niewiarygodne

Najbardziej miażdżąca dla oskarżonego okazała się ocena jego zeznań. Sędzia Małgorzata Adamczyk odrzuciła je jako niewiarygodne, a w ustnym uzasadnieniu wyroku rozprawiła się z najważniejszymi argumentami obrony.

Biskup przekonywał, że nie zatajał przestępstw, lecz musiał najpierw sprawdzić otrzymane informacje. Powoływał się na obowiązujące w Kościele procedury, konieczność prowadzenia dochodzeń kanonicznych i oczekiwanie na decyzje Watykanu.

Sąd nie zaakceptował tych tłumaczeń. Zadaniem biskupa nie było zastępowanie policji i prokuratury w wyjaśnianiu przestępstw seksualnych. Nie musiał samodzielnie przesłuchiwać wszystkich świadków, rozstrzygać wątpliwości ani gromadzić materiału wystarczającego do skazania sprawcy. Jeżeli otrzymał wiarygodną wiadomość o przestępstwie wymienionym w art. 240 Kodeksu karnego, powinien powiadomić właściwe organy.

OSKARŻONY MIAŁ ZA ZADANIE JEDYNIE I AŻ ZŁOŻYĆ ZAWIADOMIENIE. A WĄTPLIWOŚCI ZOSTAWIĆ DO ROZSTRZYGNIĘCIA ORGANOM ŚCIGANIA – PODKREŚLIŁA SĘDZIA MAŁGORZATA ADAMCZYK.

Przez wiele miesięcy obrona próbowała przekonać sąd, że opóźnienia wynikały z konieczności przestrzegania prawa kanonicznego. Tymczasem sędzia przypomniała, że żadne wewnętrzne procedury Kościoła nie zwalniały Andrzeja Jeża z obowiązków wynikających z polskiego prawa karnego.

Jasna Góra Częstochowa
News / Społeczeństwo

Zakonnik z Jasnej Góry skazany za pedofilię. Trzy lata więzienia i dożywotni zakaz pracy z dziećmi


Kuria wiedziała, nie powiedziała. Dlaczego nie powiadomiono prokuratury?

Jednym z najbardziej bulwersujących wątków procesu była historia Stanisława P., duchownego, który przez lata wykorzystywał seksualnie chłopców w Polsce, a następnie podczas pracy duszpasterskiej na Ukrainie.

Już w 2002 roku do tarnowskich władz kościelnych docierały informacje o jego zachowaniu wobec uczniów. Diecezją kierował wówczas biskup Wiktor Skworc. Duchowny zrezygnował z probostwa, został skierowany na urlop, a później wyjechał na Ukrainę, gdzie również krzywdził dzieci.

W kolejnych latach przeprowadzono wobec niego postępowanie kościelne. W 2013 roku Watykan ukarał księdza, ograniczając możliwość wykonywania przez niego posługi duszpasterskiej i zakazując pracy z dziećmi oraz młodzieżą.

A więc kościelni przełożeni dysponowali już dokumentacją dotyczącą seksualnego krzywdzenia małoletnich.

Stanisław P. przypomniał o sobie w 2019 roku. Wiosną do tarnowskiej kurii dotarły z Ukrainy kolejne materiały dotyczące wykorzystywania przez niego chłopców. Znajdowały się wśród nich informacje o pokrzywdzonych i zeznaniach składanych przed tamtejszymi organami.

Dokumenty trafiły do kościelnej administracji, rozpoczęto ich analizowanie. Prowadzono tzw. wewnętrzne czynności, sprawdzano materiały i przygotowywano korespondencję z Watykanem.

Tymczasem polska prokuratura otrzymała zawiadomienie dopiero w sierpniu 2020 roku, a więc ponad rok po nadejściu ukraińskiej dokumentacji.

Co szczególnie bulwersujące, nastąpiło to dopiero po nagłośnieniu skandalu przez księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, który od lat publicznie oskarżał kościelnych przełożonych o ukrywanie przypadków pedofilii.

Prokurator Marcin Stępień nie miał wątpliwości co do przyczyn tak późnej reakcji. Podczas mowy końcowej przekonywał, że kuria zdecydowała się zawiadomić śledczych dopiero wtedy, gdy skandal stał się publiczny.

„Kuria tarnowska zrozumiała, że nie da się już dłużej ukrywać prawdy”

– mówił oskarżyciel, oceniając zachowanie kościelnych władz.

Według niego nie była to decyzja podyktowana troską o skrzywdzone dzieci, lecz „zimna kalkulacja”.

Obrona odrzucała te oskarżenia. Jednak sąd uznał, że biskup nie dopełnił obowiązku zawiadomienia organów ścigania w wymaganym terminie.

Kolejny katolicki ksiądz z zarzutami przestępstw seksualnych, fot: Marek Studzinski
News

Katolicki ksiądz mógł grasować na Pomorzu przez ostatnie 20 lat. Ks. Waldemar P. tymczasowo aresztowany


Szokujące zeznania księdza Kantora. O wcześniejszej sprawie pedofilii miał zapomnieć

Jednym z najważniejszych świadków był ksiądz Robert Kantor, kanclerz kurii tarnowskiej, który przez osiem lat pełnił funkcję delegata biskupa do spraw ochrony dzieci i młodzieży.

Podczas rozprawy 2 marca 2026 roku duchowny tłumaczył, dlaczego materiały dotyczące przestępstw Stanisława P. były tak długo analizowane przez kościelnych urzędników, zamiast trafić do polskich śledczych.

Kantor twierdził, że trzeba było sprawdzić te informacje, opowiadał problemach z tłumaczeniem dokumentów ukraińskich i obowiązujących procedurach kanonicznych.

Jednak najbardziej szokujący moment jego przesłuchania dotyczył wcześniejszego postępowania kościelnego.

Kantor utrzymywał, że, mimo iż przed laty jako sędzia sądu biskupiego uczestniczył w rozpatrywaniu sprawy Stanisława P., nie skojarzył późniejszych dokumentów z Ukrainy z wcześniejszymi przestępstwami tego samego księdza.

Zapytany o przyczyny tego zdumiewającego przeoczenia miał powiedzieć:

„Ta sprawa wyleciała mi z pamięci”.

Trudno o bardziej przygnębiające wyjaśnienie. Duchowny odpowiedzialny za ochronę dzieci nie pamiętał wcześniejszego postępowania dotyczącego księdza oskarżanego o seksualne wykorzystywanie małoletnich, choć sam brał udział w jego rozpatrywaniu.

Co więcej, podczas przesłuchania sędzia pytała świadka, dlaczego kuria nie przekazała zgromadzonych informacji prokuraturze, która mogła samodzielnie sprawdzić dokumenty i przesłuchać świadków.

Kantor przyznał, że takie rozwiązanie było możliwe.

Kościelni urzędnicy tłumaczyli opóźnienia koniecznością weryfikacji informacji, chociaż to właśnie państwowi śledczy mieli uprawnienia do prowadzenia postępowania karnego.

Kardynał Wyszyński i Jan Paweł II w październiku 1980. Autorstwa Gov.pl, CC BY 3.0 pl
Społeczeństwo

Homoseksualizm duchownych w PRL. Jak Kościół wybrał strategię milczenia


Akta o pedofilii zamknięte w sejfie? Gerlach ujawnił szokujące szczegóły

Jeszcze bardziej bulwersujące szczegóły funkcjonowania tarnowskiej kurii opisywał na swoim profilu na FB Andrzej Gerlach, historyk Kościoła, który przez wiele miesięcy obserwował proces i opisywał kolejne rozprawy w mediach społecznościowych.

Gerlach donosi. że akta dotyczące przestępstw seksualnych, po zakończeniu kościelnych czynności, trafiały do specjalnego sejfu znajdującego się w gabinecie samego ordynariusza.

Gerlach twierdził, że biskup posiadał klucze i miał nieograniczony dostęp do przechowywanej tam dokumentacji. Natomiast nawet delegat zajmujący się zgłoszeniami dotyczącymi pedofilii nie mógł samodzielnie korzystać z tych materiałów bez zgody hierarchy.

Historyk napisał wprost, że bez wyraźnego polecenia biskupa pełnomocnik nie mógł podejmować samodzielnych działań.

Jak w takiej sytuacji można było przekonywać, że to przede wszystkim delegat odpowiadał za zgłaszanie przestępstw?

Kto decydował o przekazaniu akt prokuraturze? Kto wydawał polecenia? I dlaczego dokumenty dotyczące tak obrzydliwych przestępstw pozostawały w kościelnych archiwach, podczas gdy organy ścigania nie otrzymywały wymaganych zawiadomień?

Przemoc w DPS we Wschowie. Prokuratura postawiła zarzuty wobec zakonnicy i dwóch pracownic. fot: Umanoide
News / Społeczeństwo

Zakonnica znęcała się nad niepełnosprawnymi w DPS. Kolejne katolickie niebo na ziemi pod okiem prokuratury


Były biskup tłumaczył wysłanie księdza na Ukrainę. Później krzywdzono kolejne dzieci

Podczas procesu zeznawał również arcybiskup Wiktor Skworc, poprzednik Andrzeja Jeża na stanowisku ordynariusza tarnowskiego.

Pytania dotyczyły wydarzeń z 2002 roku, gdy do kurii dotarły zgłoszenia dotyczące zachowania Stanisława P. wobec uczniów.

Skworc przekonywał, że podejmowano działania wobec duchownego, a skierowanie go na urlop miało służyć zmianie jego postępowania. Zaprzeczał również, aby wysyłanie księży za granicę było sposobem na pozbywanie się problemów związanych z oskarżeniami o nadużycia seksualne.

Jednak dalsza historia Stanisława P. jest wstrząsająca. Po wcześniejszych zgłoszeniach w Polsce duchowny pracował na Ukrainie, gdzie także wykorzystywał seksualnie chłopców.

Według ustaleń śledczych jego przestępstwa mogły dotknąć nawet 95 małoletnich.

Podczas procesu prokurator zwracał uwagę na dramatyczne konsekwencje wieloletnich zaniedbań. Według oskarżyciela zbyt późne powiadomienie organów ścigania przyczyniło się do przedawnienia przestępstw popełnionych wobec 23 chłopców.

siekiera wbita w pieniek/ fot: Oleg Devyatka/Unsplash
News / Społeczeństwo

Proboszcz zabił siekierą przyjaciela i podpalił. Czy Anatol Cz. jeszcze żył, gdy ksiądz oblewał go benzyną?


Tajemnica papieska jako argument obrony. Sąd nie zaakceptował tych tłumaczeń

W trakcie procesu wielokrotnie powracał również temat tajemnicy papieskiej i obowiązujących wcześniej przepisów kanonicznych.

Obrona przekonywała, że biskup musiał działać zgodnie z dwoma porządkami prawnymi: państwowym i kościelnym.

Przez wiele lat dokumentacja dotycząca najcięższych przestępstw seksualnych duchownych podlegała szczególnej tajemnicy kościelnej. Dopiero w grudniu 2019 roku papież Franciszek zniósł tajemnicę papieską w takich sprawach.

Jednak sędzia Małgorzata Adamczyk nie zaakceptowała argumentu, że wcześniejsze zasady kościelne usprawiedliwiały łamanie polskich przepisów.

Obowiązek wynikający z art. 240 Kodeksu karnego dotyczył także biskupów. Jeżeli hierarcha posiadał wiarygodną wiadomość o przestępstwie objętym tym przepisem, nie mógł odkładać zawiadomienia prokuratury wyłącznie dlatego, że kościelne dochodzenie nie zostało jeszcze zakończone.

Prawo kanoniczne nie dawało duchownemu przywileju ukrywania wiadomości o przestępstwach przed organami państwowymi.

Przemoc w DPS we Wschowie. Prokuratura postawiła zarzuty wobec zakonnicy i dwóch pracownic. fot: Umanoide
News / Społeczeństwo

Zakonnica znęcała się nad niepełnosprawnymi w DPS. Kolejne katolickie niebo na ziemi pod okiem prokuratury


Wyrok biskupa Andrzeja Jeża. Szok dla polskich katolików i kolejny dowód ukrywania pedofilii

Wyrok skazujący biskupa Andrzeja Jeża będzie dla wielu polskich katolików szokiem. Choć po latach wstrząsających reportaży, filmów dokumentalnych i dziennikarskich śledztw trudno jeszcze mówić o zaskoczeniu. Tarnowski sąd potwierdził, że hierarcha złamał prawo, nie zawiadamiając w wymaganym terminie organów ścigania o przestępstwach seksualnych księży.

To kolejna sprawa, która obnaża skandaliczny mechanizm ukrywania pedofilii w polskim Kościele. Gdy na jaw wychodzą przestępstwa duchownych, ich przełożeni zamiast natychmiast zawiadamiać prokuraturę, przenoszą ich do innych parafii, wysyłają na urlopy, a nawet za granicę. Takie praktyki ujawniano już wielokrotnie. Sprawcy znikają z oczu wiernych, skandale przycichają, a czas działa na ich korzyść.

Już nikt nie wierzy, że to tylko pojedyncze zaniedbania. Wyłania się obrzydliwy obraz instytucjonalnego ukrywania przestępstw seksualnych i ochrony sprawców kosztem skrzywdzonych dzieci. Pytanie, czy podobne praktyki nie są nadal stosowane?

Wyrok wobec Andrzeja Jeża jest nieprawomocny, ale powinien być początkiem znacznie szerszych rozliczeń. Nie tylko samych sprawców, lecz także tych, którzy przez lata pomagali im unikać odpowiedzialności.

Czekamy na kolejne procesy i kolejne wyroki. Są pewne. Jak amen w pacierzu!


Źródła: Sąd Rejonowy w Tarnowie, Andrzej Gerlach (Facebook)

Rafał Bernasiński avatar
Rafał Bernasiński

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *