Rosyjskie drony i rakiety nad Polską. Wojsko buduje SAN i rozwija „długą rękę”
Dr Grzegorz Gil z UMCS analizuje słabe punkty obrony. Polska buduje SAN, zmienia procedury i rozwija własną „długą rękę”.
Rosyjskie drony naruszają polską przestrzeń powietrzną, pociski podczas ataków na Ukrainę lecą tuż przy naszej granicy, a kolejne incydenty sprawdzają szybkość reakcji wojska. W lipcu rosyjski Ch-101 wleciał nad Polskę i rozbił się na Lubelszczyźnie. We wrześniu rosyjski wojskowy Mi-8 przez 42 sekundy znajdował się w polskiej przestrzeni powietrznej w rejonie Braniewa.
Polska musi więc przygotować obronę zarówno na pojedyncze naruszenia, jak i na pociski manewrujące czy masowe naloty dronów. Jednocześnie rozwija „długą rękę”, czyli środki zdolne razić cele na dużą odległość i zwiększać ryzyko po stronie potencjalnego agresora.
Dr Grzegorz Gil z Katedry Bezpieczeństwa Międzynarodowego UMCS łączy odstraszanie właśnie z własnymi możliwościami uderzeniowymi:
– (…) obok sojuszniczego „strażnika” na wschodniej flance potrzebujemy także polskiego „harcownika”. Nie ma bowiem skutecznego odstraszania bez autonomicznego potencjału eskalacyjnego w postaci dronowej czy rakietowej „długiej ręki” zdolnej do skarcenia napastnika bezpośrednio po ataku. Dziś ową „długą ręką” nie dysponujemy, co osłabia nas w roli „niewygodnego”, a przez to także szanowanego sojusznika.
MON rozwija obecnie oba elementy. Wojsko wzmacnia obronę przed dronami i rakietami, a równolegle zwiększa polskie zdolności strategiczne, kupuje broń dalekiego zasięgu oraz rozwija systemy bezzałogowe zdolne do prowadzenia uderzeń.
Polska rozwija własną „długą rękę”
Daleki zasięg ma zwiększyć koszt ewentualnej agresji. Przeciwnik planujący atak musi brać pod uwagę, że polska odpowiedź może sięgnąć jego wyrzutni, stanowisk dowodzenia, magazynów, lotnisk i innych elementów zaplecza wojskowego.
Dlatego MON zalicza daleki, precyzyjny i możliwie tani zasięg do głównych kierunków rozwoju Sił Zbrojnych. Polska kupuje między innymi pociski JASSM-ER o zasięgu około 1000 km, rozwija systemy rakietowe oraz zwiększa liczbę dronów uderzeniowych i amunicji krążącej.
Do tego dochodzą zakupy finansowane z programu SAFE. Wojsko zamawia 190 zestawów FlyEye, ponad 400 zestawów amunicji krążącej Warmate oraz 12 bateryjnych modułów Gladius.
Kolejnym elementem mogą być krajowe konstrukcje. Dr Grzegorz Gil z UMCS wymienia w tym kontekście projekt pocisku manewrującego Lanca:
– Równolegle należy także rozwijać polski potencjał balistyczny. Mamy coraz lepsze systemy radarów, ale wciąż brakuje nam „długiej ręki”, co może jednak zmienić projekt pocisku manewrującego „Lanca” okrzykniętego już nawet „polskim Tomahawkiem” (zasięg do 500 km).
Polskie zdolności strategiczne rozwijają się więc równolegle z obroną powietrzną. Rakiety i drony dalekiego zasięgu mają zwiększać ryzyko po stronie napastnika, natomiast systemy przeciwlotnicze i antydronowe muszą niszczyć środki wysłane w stronę Polski.
Tu zaczyna się kolejny problem: czym zwalczać tanie drony, żeby samemu nie zużywać znacznie droższej broni?
Program SAN napędza gospodarkę Pomorza. Advanced Protection Systems zainwestuje 100 mln zł w rozwój systemów antydronowych w regionie Kaszubia.
Dron za tysiące, odpowiedź za miliony
Rosja może wysyłać dużą liczbę stosunkowo tanich bezzałogowców i wabików. Obrona musi natomiast poderwać samoloty, uruchomić radary, systemy dowodzenia i naziemne zestawy przeciwlotnicze, a następnie dobrać odpowiednią broń.
Jeśli do prostego drona startuje kosztowny myśliwiec, a pilot odpala pocisk wart wielokrotnie więcej od niszczonego celu, przeciwnik zużywa zasoby obrońcy nawet wtedy, gdy sam traci bezzałogowiec.
Dr Grzegorz Gil z Katedry Bezpieczeństwa Międzynarodowego UMCS porównuje w tym kontekście koszt rosyjskiej Gerbery z wykorzystaniem F-16:
– Dość powiedzieć, że koszt prostego drona Gerbera, wykorzystywanego przez Rosjan jako wabik, oscyluje w granicach 40 tysięcy złotych, podczas gdy samo utrzymanie jednego F-16 w powietrzu przez godzinę to koszt dwukrotnie większy (nie licząc kosztów środków rażenia, które w tym przypadku liczymy w milionach złotych). „Krzywa kosztów” wydaje się tu więc dosłownie krzyczeć z bólu, co pokazuje jedynie, że całe NATO, nie tylko Rzeczpospolita, nie jest gotowe na takie zagrożenie.
Przy kilku celach wojsko może zaakceptować wysoki koszt przechwycenia. Podczas dużego nalotu sytuacja wygląda inaczej. Dziesiątki albo setki dronów mogą szybko uszczuplić zapasy drogich rakiet i zwiększyć liczbę godzin wylatanych przez najcenniejsze samoloty.
Dlatego poszczególne cele muszą być unieszkodliwiane przez różne warstwy obrony. F-16 i F-35 mogą przejmować najbardziej niebezpieczne obiekty, a prostsze bezzałogowce powinny trafiać pod ogień tańszych systemów.
Czy Polska zacznie strącać rosyjskie samoloty i śmigłowce? MON zmienia zasady
FA-50 mogą poprawić „krzywą kosztów”
Jednym z takich elementów mogą być FA-50. Zakup koreańskich samolotów był mocno kontrowersyjny, przede wszystkim ze względu na ograniczenia pierwszych 12 maszyn FA-50GF. Rosnące zagrożenie dronowe daje im jednak zadanie dobrze dopasowane do możliwości lekkiego samolotu bojowego.
Znaczenie ma przede wszystkim koszt eksploatacji. Według danych MON godzina lotu FA-50 kosztuje około 37 tys. zł, podczas gdy w przypadku F-16 jest to około 76 tys. zł, a F-35 od 130 do 150 tys. zł. FA-50 jest więc mniej więcej dwukrotnie tańszy w powietrzu od F-16 i kilka razy tańszy od F-35.
Brytyjski Royal United Services Institute analizuje wykorzystanie lekkich odrzutowców do zwalczania dronów i wymienia rodzinę TA-50/FA-50 wśród maszyn, które mogą wykonywać takie misje. Pozwala to ograniczyć wykorzystanie F-16 i F-35 podczas mniej wymagających przechwyceń.
Polska kupiła także 100 tys. sztuk amunicji 20×102 mm do działek FA-50GF, w tym 50 tys. nabojów bojowych. Działko daje możliwość niszczenia części bezzałogowców bez odpalania znacznie droższego pocisku kierowanego.
Przełom w obronie nieba: Polska buduje SAN – pierwszą taką tarczę antydronową w Europie
SAN ma przejąć walkę z masowymi nalotami
30 stycznia 2026 roku Polska podpisała umowę na 18 modułów bateryjnych systemu SAN. Cały system ma liczyć 52 plutony ogniowe, 18 plutonów dowodzenia oraz setki pojazdów.
Poszczególne plutony mają wykrywać, śledzić i identyfikować cele, a następnie je zwalczać. SAN ma przy tym korzystać zarówno ze środków kinetycznych, jak i z rozwiązań pozwalających unieszkodliwiać część dronów bez używania kosztownych rakiet.
Dzięki temu najdroższe pociski można zachować dla rakiet manewrujących i najbardziej niebezpiecznych bezzałogowców. Prostsze cele mogą natomiast przejmować tańsze efektory, działka albo systemy zakłócające.
Skala zadania rośnie gwałtownie wraz z liczbą celów. Dr Grzegorz Gil z UMCS analizuje scenariusz ataku liczonego już nie w kilkunastu, lecz w setkach bezzałogowców:
– Na Polskę spadło około dwadzieścia bezzałogowców (które najpewniej nie były uzbrojone) w celu testowania zdolności i planów obronnych sojuszu przy okazji odbywających się manewrów „Zapad-2025”. Zastanówmy się teraz, co wydarzyłoby się, gdyby w stronę Polski leciał „rój” dwustu uzbrojonych maszyn?
Przy 200 celach system musi jednocześnie śledzić wiele obiektów, określać ich kierunek i znaczenie, wybierać najgroźniejsze oraz przydzielać do nich odpowiednie środki rażenia. Dlatego liczą się nie tylko rakiety. Potrzebne są radary, szybka wymiana danych, systemy dowodzenia oraz możliwość automatycznego porządkowania informacji napływających z wielu sensorów.
Rosja stosuje dziś taką taktykę przeciw Ukrainie. Najpierw wysyła setki Gerani, Gerber i innych dronów, które mają przeciążyć obronę i zmusić ją do zużywania amunicji. Za nimi lecą pociski manewrujące, między innymi Ch-101, a następnie rakiety balistyczne. RUSI ocenia, że ukraińskie F-16 zestrzeliły już ponad 2500 Gerani i Gerber, ale takie misje zużywają ogromną liczbę godzin lotu i pocisków AIM-9 Sidewinder. Ukraina ma z nimi coraz większy problem, dlatego piloci częściej używają działek 20 mm i tańszych pocisków APKWS, a Sidewindery oszczędzają na pociski manewrujące i inne groźniejsze cele.
Rosyjskie ataki czasem się udają. Ekspertka UMSC: co wtedy?
Podobną strategię stosował Iran przeciw USA i ich sojusznikom. Duże salwy rakiet i dronów zmuszały Amerykanów do masowego używania Patriotów, THAAD-ów i innych pocisków przechwytujących. W czasie wojny z Iranem w 2026 roku USA zużyły tak dużo amunicji przeciwlotniczej, że według CSIS zapas pocisków Patriot spadł poniżej 1000 sztuk, a zapas interceptorów THAAD do około 250. CSIS szacuje również, że w części kategorii USA mogły zużyć ponad połowę zapasów sprzed wojny.
Nie każdy dron musi przebić się przez obronę. Wystarczy, że zmusi ją do wystrzelenia drogiej rakiety, poderwania samolotu albo zużycia kolejnej godziny jego resursu. Po kilkunastu takich atakach przeciwnik może mieć jeszcze tysiące tanich dronów, a obrońcy zaczyna brakować najdroższych pocisków.
Mi-8 pokazuje, że wojsko ma czasem tylko sekundy
23 września rosyjski wojskowy Mi-8 wleciał w polską przestrzeń powietrzną na północ od Braniewa. Śmigłowiec znalazł się około 300 metrów w głębi polskiej przestrzeni i po 42 sekundach wrócił na rosyjską stronę.
Polskie radary śledziły maszynę, a wojsko poderwało myśliwce. Tak krótki incydent zostawia jednak niewiele czasu na reakcję.
Podobny przykład mieliśmy dwa miesiące wcześniej. W nocy z 29 na 30 lipca systemy radiolokacyjne wykryły rosyjskiego Ch-101 nad Polską. Po kilku minutach pocisk zniknął z radarów, a jego szczątki odnaleziono na Lubelszczyźnie.
Dlatego Polska zmienia procedury identyfikowania celów powietrznych. Wojsko szerzej stosuje pozytywną identyfikację PID, która łączy informacje pochodzące z wielu źródeł.
Pilot może korzystać z danych radarowych dotyczących kierunku, prędkości i wysokości lotu, systemu identyfikacji swój-obcy, informacji o zamkniętych strefach oraz danych przekazywanych przez Ukrainę i innych sojuszników.
Jeśli zebrane informacje potwierdzają wrogi charakter celu, pilot nie musi wcześniej podlatywać do niego na odległość pozwalającą na identyfikację wzrokową.
Do tego dochodzi preautoryzacja użycia uzbrojenia. Dowódca Operacyjny wcześniej określa warunki, pod jakimi pilot może otworzyć ogień. To skraca drogę od wykrycia do użycia broni. Przy rakietach manewrujących, szybkich dronach i krótkich naruszeniach przestrzeni powietrznej każda zaoszczędzona sekunda zwiększa szansę na przechwycenie celu.
Dron z bombą na lotnisku w Lipsku. Niemcy ogłaszają alarm
NATO wzmacnia flankę, Polska rozwija własne możliwości
Polska korzysta jednocześnie ze wsparcia NATO. Sojusznicze samoloty uczestniczą w ochronie przestrzeni powietrznej, dodatkowe systemy wzmacniają wschodnią flankę, a wspólne rozpoznanie zwiększa ilość danych o zbliżających się zagrożeniach.
Jednocześnie Polska rozbudowuje własne możliwości. Większa liczba krajowych systemów zwiększa zdolność do samodzielnego reagowania w pierwszych minutach i godzinach kryzysu.
Dr Grzegorz Gil z UMCS łączy te dwa elementy z szerszą współpracą regionalną:
– (…) musimy wyzbyć się myślenia o NATO jako jedynej polisie ubezpieczeniowej. Być może nadszedł czas na zawarcie „miękkiego” sojuszu regionalnego z państwami wschodniej flanki oraz z Ukrainą, której opór „kupuje” Polsce czas na przygotowanie się na najczarniejszy scenariusz.
SAN ma więc ograniczać koszt walki z dronami, FA-50 mogą przejmować część mniej wymagających przechwyceń, a nowe procedury skracają czas potrzebny na identyfikację celu i użycie broni. Jednocześnie drony uderzeniowe oraz pociski dalekiego zasięgu wzmacniają polską „długą rękę” i zdolności strategiczne.
Rosyjskie drony, Ch-101 i Mi-8 sprawdzają różne części tego systemu. Masowe naloty testują jego wydolność, krótkie naruszenia przestrzeni powietrznej szybkość reakcji, a pociski manewrujące możliwości wykrywania i przechwytywania szybkich celów.
Dlatego Polska musi równocześnie wcześniej wykrywać zagrożenie, szybciej reagować, taniej niszczyć cele i rozwijać możliwość odpowiedzi na dużą odległość.
Dr Grzegorz Gil
– Reasumując, forma reakcji i zarządzanie kryzysowe wobec nalotu dronów na Polskę pokazują, że minione lata nie zostały przez nas należycie wykorzystane. Musimy dziś nadrabiać stracony czas, co powinno być elementem ponadpartyjnego i międzypokoleniowego konsensusu – podsumowuje dr Gil.
Polska rozwija więc obronę antydronową, daleki zasięg, rozpoznanie i procedury użycia uzbrojenia. Najważniejsze staje się teraz tempo, w jakim kolejne systemy trafią do jednostek i połączą się w wielowarstwową obronę.
Źródło: UMCS
21 mln Polaków ma za wysoki cholesterol. Trwa ogólnopolska kampania
Czytaj więcej



