Kalabria: ojczyzna lodów tartufo, włoska bieda i cień ’Ndranghety

Kalabria, Tropea. fot: Nemanja Peric/Unsplash

Rząd w Rzymie zakazał kiedyś ambasadorowi Australii podróży po tej części kraju. Mimo to Kalabrię warto odwiedzić dla cudownych plaż, widoku na wulkan Stromboli i kultowych deserów.


Dziewiętnastowieczny pisarz i podróżnik Edward Lear pisał w swoich pamiętnikach, że Kalabria to:

„ziemia o malarskim i poetyckim znaczeniu, która miała niewielu odkrywców”.

Południe Włoch magnetyzuje od pierwszych kilometrów. Na zachodzie szumi Morze Tyrreńskie, na wschodzie rozciąga się Morze Jońskie, a pomiędzy nimi wyrastają surowe góry, gęste lasy i miasteczka przyklejone do skał. Obok skromnych domów stoją okazałe wille, a wybrzeże zajmują hotele i restauracje. Latem mieszkańcy ustępują tu miejsca turystom.

Taka właśnie jest Kalabria – zagadkowa i nieoczywista. Słynny angielski powieściopisarz George Gissing zauważył, że tubylcy:

„zdają się nie lubić hałasu, rozmawiają z pewnym spokojem i pozwalają obcemu chodzić między nimi bez niepokojenia go”.

Są uprzejmi, lecz rzadko wpuszczają przyjezdnych do własnego świata. Lokalsi nadal żyją tu po swojemu. Mają własne ścieżki, interesy i jakieś ciemne sprawki.

Turystyka i zwykłe życie Kalabryjczyków spotykają się głównie przy kasie – gdy płaci się za espresso lub legendarne tartufo. Potem, turyści wracają na plażę, a miejscowi do przerwanej rozmowy ze znajomym. Kalabria nie zdradza wszystkiego.

Po powrocie najdłużej pamięta się jednak jeden smak. Kalabria to ojczyzna lodów tartufo – deseru tak wyjątkowego, że w Polsce będziecie szukać go potem na próżno. Wspomnienie lodów pistacjowych i płynnej czekolady potrafi ciągnąć się za człowiekiem miesiącami.


Capri. Capri wprowadza limity turystów 2026. fot: Mihaela Claudia Puscas/ Unsplash
Podróże

Capri wprowadza limity turystów 2026. Nowe zasady i zakazy

’Ndrangheta: mafia w garniturze

Regione Calabria to sam czubek włoskiego buta i należy do Mezzogiorno – uboższego południa kraju. Przez dziesięciolecia mieszkańcy masowo emigrowali stąd za pracą do USA, Kanady czy Australii. Tutejsi mówią szybko i żywo gestykulują. Starsi mężczyźni godzinami siedzą przed barami, kobiety rozmawiają z balkonów, a dzieci krzyczą i grają w piłkę na małych placach. Pomiędzy nimi lawirują skutery, znikające w ciasnych uliczkach (vicoli) starych miasteczek.

Choć nazwy lokalnych włoskich mafii często stosuje się zamiennie, każda ma swój rewir. Camorra wyrosła w Kampanii, Cosa Nostra rządzi na Sycylii, a w Kalabrii niepodzielnie króluje ’Ndrangheta. Kalabryjskie klany oparły swoją strukturę na więzach krwi, dlatego policji niezwykle trudno wprowadzić tam informatorów. ’Ndrangheta handluje kokainą na globalną skalę, pierze brudne pieniądze i przejmuje legalne biznesy. Europol zalicza ją do najpotężniejszych organizacji przestępczych na świecie.


Rząd zakazuje podróży

Australijski reporter Peter Robb opisał tę specyficzną rzeczywistość w swojej słynnej książce Sycylijski mrok. Pod koniec lat 80. ambasador Australii we Włoszech planował wybrać się śladami emigrantów do kalabryjskich wiosek. Rząd w Rzymie podobno dosłownie zabronił mu jednak tej podróży.

Jak pisał Robb,

„rząd w Rzymie zabronił mu odwiedzania rozległych rejonów Kalabrii, ponieważ nie mógł zagwarantować mu bezpiecznego przejazdu”.

Raporty policyjne z tamtego okresu potwierdzały, że włoskie państwo nie mało pełnej kontroli nad tymi terenami.

Kalabria. fot: Rafał Bernasiński
Kalabria. fot: Rafał Bernasiński

Dziś turyści bez przeszkód przemierzają region samochodami czy kamperami. ’Ndrangheta nie zniknęła, ale usunęła się w cień. W zatłoczonych kurortach warto jednak zachować czujność, bo wakacyjny tłum to idealne środowisko dla złodziei i kieszonkowców.

restauracje Florencji mają spore ograniczenia działalności/ fot: Heidi Kaden/ Unsplash
Podróże

Florencja chce być piękna, dlatego restauratorzy muszą cierpieć


Costa degli Dei: Wybrzeże Bogów

Najpiękniejszy fragment zachodniego wybrzeża to Costa degli Dei (Wybrzeże Bogów), ciągnące się przez ponad 55 kilometrów w prowincji Vibo Valentia. Mniej więcej w połowie tej trasy leży Tropea – tętniące wakacyjnym gwarem miasto zawieszone na wysokiej, pionowej skale tuż nad turkusowym morzem. Latem na plażach u stóp klifu wyrastają rzędy kolorowych parasoli, a urlopowicze szukają ochłody w krystalicznej wodzie.

Domy w Tropei wyglądają tak, jakby wyrastały bezpośrednio z klifu. Pod nimi rozciągają się piaszczyste plaże, nad którymi góruje sanktuarium Santa Maria dell’Isola – absolutna ikona i najbardziej rozpoznawalny widok w Kalabrii. Piasek w Tropei jest drobny i delikatny. Można zapomnieć o grubym żwirze, który na niektórych plażach Adriatyku potrafi zdzierać stopy jak papier ścierny. Kawałek dalej na południe leży przylądek Capo Vaticano, gdzie wokół jasnych skał kryją się malownicze, dzikie zatoczki.

Plaża w Kalabrii. Fot: Rafał Bernasiński
Plaża w Kalabrii. Fot: Rafał Bernasiński

Stromboli na horyzoncie

Gdy słońce zaczyna opadać, w Tropei ludzie powoli schodzą się na nadmorskie tarasy widokowe. Kelner przy stoliku restauracyjnym otwiera butelkę schłodzonego białego wina, dzieci zajadają się cytrynową granitą, a niebo zmienia kolory w złoto i purpurę. Wtedy wszyscy kierują wzrok w stronę morza. Daleko na horyzoncie wyrasta fascynujący stożek wulkanu Stromboli.

Rekonstrukcja gruzińskiej winnicy (marani) z zakopanymi w podłodze kvevri oraz satsnakheli – gruzińska kadź do tłoczenia moszczu, z której przelewano go do kvevri. Fot. Prometheus Wine Museum Georgia
Kultura i Sztuka

Jak smakowało starożytne wino? Rzymianie robili je w doliach

Wyspa administracyjnie należy do Sycylii, ale z Kalabrii widać ją doskonale. Wulkan Stromboli nigdy nie śpi – mniejsze lub większe eksplozje występują średnio co 10–20 minut. W dzień nad szczytem unosi się jasna smuga dymu, ale prawdziwy spektakl zaczyna się po zmroku. Przy dobrej widoczności można dostrzec czerwony błysk ognia na horyzoncie, który na chwilę rozświetla noc. Dla turystów to powód do wyciągnięcia telefonów, na mieszkańcach spektakl nie sprawia już wielkiego wrażenia. Chętni mogą też wsiąść w Tropei na statek i popłynąć na nocny rejs, by zobaczyć słynne Ogniste Zbocze, skąd czerwone odłamki lawy staczają się prosto do czarnego morza.

Rossellini, Bergman i wielki skandal

Stromboli zapisało się też grubymi literami w historii kina. W 1950 roku legendarny reżyser Roberto Rossellini nakręcił tu film Stromboli, ziemia Boga. Słynna Ingrid Bergman zagrała w nim uchodźczynię, która wychodzi za mąż za miejscowego rybaka i trafia na tę surową, odciętą od świata wyspę.

Podczas zdjęć między reżyserem a aktorką wybuchł ognisty romans. Sytuację podgrzewał fakt, że oboje byli wtedy w związkach małżeńskich. Gdy Bergman zaszła w ciążę, wybuchł jeden z największych skandali obyczajowych tamtej epoki. Hollywood na kilka lat potępiło szwedzką gwiazdę, jednak Ingrid Bergman wróciła na sam szczyt w wielkim stylu, odbierając w 1957 roku Oscara za rolę w Anastazji. Wyspa Stromboli do dziś żyje tym filmowym mitem, łącząc w sobie ogień, kino, miłość i skandal.

My jednak oglądamy ją z bezpiecznego, kalabryjskiego brzegu. Zamawiamy w lokalnej knajpce tradycyjne vino della casa i sącząc je, spokojnie czekamy na kolejny czerwony błysk na horyzoncie.

Trzy parki narodowe Kalabrii

Gdy nasycimy się morzem, warto ruszyć w głąb lądu. Kalabria kryje w sobie trzy wielkie parki narodowe: Pollino, Sila i Aspromonte. Razem zajmują ponad 330 tysięcy hektarów dzikiej, nieskażonej przyrody, a każdy z nich ma zupełnie inny charakter.

Na północy rozciąga się Parco Nazionale del Pollino – największy z nich, łączący Kalabrię z sąsiednią Bazylikatą. To kraina surowych, kamienistych szczytów, nad którą góruje imponująca Serra Dolcedorme (2267 m n.p.m.). Na zboczach gór rosną niezwykłe, poskręcane przez wiatr sosny bośniackie. Najstarsza z nich, pieszczotliwie nazywana Italus, liczy sobie już ponad 1200 lat. W głębokich kanionach rzek Lao i Raganello tętni dzikie życie – wciąż można tu spotkać wilki, jelenie, sarny, a w czystych nurtach wodnych również wydry.

W samym sercu regionu leży Parco Nazionale della Sila. Włosi dzielą ten rozległy płaskowyż na trzy części: Sila Grande, Sila Grecę i Sila Piccolą. To krajobraz zupełnie odmienny od surowego Pollino – królują tu spokojne jeziora Cecita, Arvo i Ampollino, otoczone gęstymi lasami iglastymi. Latem powietrze pachnie tu intensywnie żywicą, ziołami i rozgrzaną słońcem korą. Zimą śnieg prószy na drogi i brzegi jezior. To niesamowite, w ciągu zaledwie dwóch godzin jazdy samochodem można przenieść się z upalnej, śródziemnomorskiej plaży do chłodnego, cichego i iście alpejskiego lasu.

Na samym południu włoskiego buta wyrasta z kolei dziki i nieprzewidywalny Parco Nazionale dell’Aspromonte. Z jego najwyższego szczytu, Montalto (1955 m n.p.m.), rozciąga się genialny widok na Cieśninę Mesyńską, zarysy Sycylii i dymiącą Etnę. Droga przez park pnie się ostrymi serpentynami, na których gładki asfalt nagle ustępuje miejsca spękanym, dziurawym odcinkom. Za zakrętami kryją się spektakularne urwiska, głębokie doliny rzeczne oraz opuszczone, kamienne miasteczka (borghi). W wiosce Bova do dziś można usłyszeć grecanico – fascynującą, lokalną odmianę starożytnej greki. Z kolei wyludnione Roghudi, zawieszone na skale nad urwiskiem, oraz Pentedattilo, przypominające kształtem gigantyczną ludzką dłoń, robią wręcz mistyczne wrażenie. W 2021 roku UNESCO oficjalnie przyjęło Aspromonte do światowej sieci geoparków.

Santorini. Grecja wygrywa ranking satysfakcji turystów w 2025 roku. fot: Dan/Unsplash
Podróże

Grecja czy Turcja? Sprawdź, który kraj wygrał ranking satysfakcji turystów w 2025 roku i gdzie Polacy chętnie spędzają urlop


Kalabria – ojczyzna lodów tartufo. Gdzie ich szukać?

Po górskich wędrówkach czas na najsłynniejszy kalabryjski deser: Tartufo di Pizzo. Jego historia sięga 1952 roku i miasteczka Pizzo w prowincji Vibo Valentia. Cukiernik Giuseppe De Maria, znany też jako Don Pippo, przygotowywał akurat lody na huczne wesele, gdy nagle zabrakło mu metalowych foremek. Wówczas wziął porcję lodów czekoladowych i orzechowych, wstrzyknął do środka płynną gorzką czekoladę. Dłońmi uformował kulę i obficie obsypał ją ciemnym kakao. Nieregularny kształt deseru do złudzenia przypominał drogocenną czarną truflę (po włosku tartufo). I tak narodziła się legenda.

Prawdziwe, rzemieślnicze tartufo nigdy nie powstaje przy użyciu foremki. Każda porcja jest lepiona ręcznie przez mistrza lodziarskiego (maestro gelatiere). A najważniejsze tym smakołyku jest to, aby po przekłuciu deseru łyżeczką, gęsta, miękka czekolada powoli wypłynęła na talerzyk. Jak lawa ze Stromboli.

W Tropei witają nas wąskie uliczki, nad którymi wiszą ukwiecone balkony i schnące pranie. Przed sklepikami pysznią się warkocze ostrej papryczki peperoncino oraz kosze słynnej, słodkiej czerwonej cebuli (cipolla rossa di Tropea). Rozgrzani słońcem turyści intuicyjnie szukają jednak lodziarni, na każdym kroku mijając szyldy zapraszające na Gelato artigianale czy Produzione propria.

Gdy pytamy przypadkowego przechodnia, gdzie zjeść dobre tartufo (Dove możemy mangiare un buon tartufo?), Kalabryjczyk unosi rękę, pokazuje palcem. „Sempre dritto, poi a sinistra” – cały czas prosto, a potem w lewo.

Idziemy gąszczem ciasnych uliczek, aż docieramy na ukrytą w cieniu małą piazzę. Mieści się tu jedna z najstarszych lodziarni w mieście. Siadamy przy biednym, plastikowym stoliku. Z chłodnego wnętrza lokalu wychodzi starsza Włoszka. Zamawiamy dwa tartufi, jedno klasyczne i jedno pistacjowe (Due tartufi, per favore. Uno classico e uno al pistacchio). Starsza pani kiwa głową i wraca po kilku minutach, odsuwa szklaną popielniczkę i stawia przed nami dwa małe talerzyki. Jeden deser ciemnieje od kakao, drugi mieni się zielenią kruszonych orzeszków. „Ecco, pronti. Buon appetito!” – rzuca na odchodne.

Wystarczy jeden ruch łyżeczki, by przebić lodową skorupkę i uwolnić płynną czekoladę. Pistacjowa wersja jest aksamitna, gęsta i niesamowicie esencjonalna. Jemy powoli, celebrując każdą chwilę, a całe zmęczenie upałem natychmiast mija.

Lody tartufo. Fot: Rafał Bernasiński
Lody tartufo. Fot: Rafał Bernasiński

Przy płaceniu Włoszka z niby smutną miną zagląda do kasetki. Bardzo przeprasza, ale nie ma wydać reszty (Mi dispiace, non ho il resto). Machamy ręką, odpowiadając, że to żaden problem (Non fa niente). Kobieta uśmiecha się do siebie, kiwa głową i znika w chłodnej oficynie.

50% discount sign
Biznes / Dom i ogród / Nasz temat / News

Gofry nad morzem nas wykończyły – Malinowscy po wakacjach szukają promocji


Smak, który wraca latami

Próby odnalezienia tego smaku po powrocie do Polski najczęściej kończą się fiaskiem. Kupowanie tartufo w plastikowym pudełku w markecie to strata czasu i pieniędzy – ma podobny kształt, ale smakuje jak zwykły lód z zamrażarki.

Prawdziwa Kalabria będzie wracać do nas we wspomnieniach przez kolejne miesiące, a nawet lata. Przypomnimy sobie wtedy smak prawdziwej pistacji, płynną czekoladę, mały, gwarny plac, pełną petów popielniczkę i najlepsze w życiu tartufo.

W pamięci odżyje też obraz zmęczonych słońcem turystów, którzy co wieczór siadają na kamiennym murze nad Morzem Tyrreńskim, spoglądają na zachód i cierpliwie czekają na kolejny czerwony błysk ze szczytu Stromboli. Włochy mają wiele pięknych miejsc. Jednak to ten jeden mały, lodowy deser z Pizzo sprawia, że chce się tam wracać bez końca.

Rafał Bernasiński avatar
Rafał Bernasiński

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *