Już są w Polsce. Prof. Anna Bajer opowiada o afrykańskich kleszczach pustynnych
Myśleliśmy, że kleszcze to powolne lenie. Te potwory potrafią jednak biegać i ścigać człowieka!
Większość z nas na hasło „kleszcz” ma przed oczami małego, niemal nieruchomego robaka, który całymi dniami śpi na źdźble trawy, czekając na przebiegającego psa. To jednak musimy jednak natychmiast włożyć między bajki. Do Polski dotarł bowiem gatunek, przy którym nasze rodzime pajęczaki to uosobienie lenistwa. Te stworzenia nie czekają na nas w krzakach. One nas widzą, słyszą i potrafią za nami ruszyć w morderczy pościg.
Opowiada o nich prof. dr hab. Anna Bajer, kierowniczka Zakładu Eko-epidemiologii Chorób Pasożytniczych w Instytucie Biologii Rozwoju i Nauk Biomedycznych na Wydziale Biologii Uniwersytetu Warszawskiego. W rozmowie z serwisem Nauka w Polsce ekspertka mówi, że kleszcze Hyalomma to zupełny ewenement, zmienia to, co wiedzieliśmy o tych pasożytach..
„Nasze kleszcze to prawdziwe leniuszki”. Nadchodzi drapieżnik z pustyni
Wyobraź sobie spacer po lesie lub parku, podczas którego nagle dostrzegasz małe stworzenie zmierzające prosto w Twoim kierunku z prędkością biegnącej mrówki. To nie scenariusz filmu grozy, ale realne zachowanie pasjonatów przetrwania z Afryki. Dlaczego te kleszcze zachowują się tak agresywnie? Odpowiedź tkwi w ich genach i miejscu pochodzenia.

Jak tłumaczy prof. dr hab. Anna Bajer:
„Nasze kleszcze, takie jak Ixodes ricinus, to w porównaniu z nimi prawdziwe leniuszki. Funkcjonują w dość komfortowych warunkach – przy odpowiedniej wilgotności i temperaturze mogą siedzieć na roślinności i czekać na żywiciela nawet cały sezon. Hyalomma żyją w środowiskach znacznie trudniejszych, często pustynnych lub półpustynnych. Tam nie mogą sobie pozwolić na bierne czekanie, bo po prostu by się przegrzały, ugotowały na słońcu. Chowają się więc pod kamieniami i reagują na drgania podłoża – znak, że może nadchodzić jakieś zwierzę. Co więcej, mają dobrze rozwinięty wzrok, dzięki czemu potrafią zidentyfikować potencjalnego żywiciela i błyskawicznie się do niego zbliżyć. W praktyce oznacza to, że taki kleszcz nie czeka, tylko biegnie w stronę człowieka lub zwierzęcia.”
Eksperyment w Afryce: „Zaczęli biec w naszym kierunku znikąd”
Szybkość, z jaką te potwory potrafią się przemieszczać, potrafi zszokować nawet doświadczonych badaczy. Kilka metrów pokonują w zaledwie mgnieniu oka, co całkowicie zmienia zasady gry w terenie. Naukowcy mieli okazję przekonać się o tym na własnej skórze podczas zagranicznych wypraw badawczych.
Opisując te mrożące krew w żyłach chwile, profesor Anna Bajer wspomina:
„Tak, i to naprawdę szybko. Kilka metrów potrafi pokonać w kilka sekund, co bardziej przypomina zachowanie mrówki czy małego pająka niż kleszcza. Mieliśmy okazję obserwować to w Afryce. Staliśmy w terenie i zaczęliśmy tupać, żeby wywołać drgania. W pewnym momencie kleszcze zaczęły pojawiać się dosłownie znikąd i biec w naszym kierunku. To było jednocześnie fascynujące i trochę stresujące, bo nadbiegały z różnych stron. Można było zauważyć jednego przed sobą, a w tym samym czasie inny już wspinał się na but od tyłu. Z punktu widzenia badacza to wygodne, bo „same przychodzą”, ale wymaga dużej czujności, dosłownie trzeba mieć oczy dookoła głowy.”
Pajęczaki te są ogromne – nienapite krwią mierzą około centymetra, a po żerowaniu ich rozmiar drastycznie rośnie.
„Są wyraźnie większe od naszych rodzimych gatunków. Nienapite osiągają około centymetra długości, natomiast napite samice mogą mieć nawet dwa centymetry – widzieliśmy takie choćby u osobników zbieranych z wielbłądów w Mongolii. Najbardziej charakterystyczne są ich długie, prążkowane odnóża z jasnymi pierścieniami. Sam korpus jest raczej jednolicie brązowy i menos kontrastowy niż u naszych kleszczy” – dodaje badaczka.
Znaleziono go w salonie na dywanie. Gdzie już są w Polsce?
Najbardziej niepokojący jest fakt, że stworzenia te nie ograniczają się już tylko do dzikich lasów na południu kontynentu. Polskie zgłoszenia spływają z najróżniejszych zakątków kraju, wywołując spore zaskoczenie wśród parazytologów.
„I tu mamy pewne zaskoczenie. Spodziewaliśmy się przede wszystkim południa Polski i rzeczywiście Śląsk oraz Wielkopolska się potwierdziły. Jednocześnie pojawiło się także zgłoszenie z Mazur, co pokazuje, że ich występowanie może być bardziej rozproszone. Znajdowano je w bardzo różnych sytuacjach – zarówno na zwierzętach gospodarskich, takich jak konie (bardzo je lubią) czy krowy, jak i w domach, gdzie najprawdopodobniej zostały przyniesione przez psy. Zazwyczaj do odkryć dochodziło podczas szczotkowania zwierząt. Odnotowano także przypadek kleszcza znalezionego na żwirowej drodze; zdjęcie wyglądało niemal jak wykonane w warunkach pustynnych. Co istotne, są to kleszcze bardzo ruchliwe. Znacznie łatwiej niż nasze schodzą ze zwierząt i przemieszczają się w otoczeniu. Zdarzył się przypadek osobnika, który po prostu chodził po dywanie” – relacjonuje profesor Bajer.
Czy to oznacza, że możemy spotkać biegającego potwora we własnym łóżku lub kuchni? Zapytana o to wprost ekspertka potwierdza:
„Tak, i to jako aktywnie poruszające się osobniki, a nie tylko przyczepione do skóry.”
Obecnie naukowcy próbują odpowiedzieć na pytanie, czy te pajęczaki na stałe wpisały się w polski krajobraz, czy to tylko chwilowi goście.
„To jest pytanie, na które wszyscy chcielibyśmy już znać odpowiedź, ale na razie nie da się tego jednoznacznie rozstrzygnąć. Kiedy znajdujemy latem dorosłe osobniki, na przykład Hyalomma marginatum, nie mamy pewności, czy to świeży import z Afryki, przywieziony na migrujących ptakach, czy też osobniki, które rozwinęły się już w Polsce. To bardzo istotna różnica, bo oznaczałaby, że zaczynają się u nas rozmnażać. Żeby to rozstrzygnąć, musielibyśmy znaleźć młodociane formy – larwy albo nimfy – i to takie nienapite. Te, które przyleciały na ptakach, są już po żerowaniu. Problem polega na tym, że młode stadia są mikroskopijne i praktycznie niewidoczne w terenie. Dorosłe osobniki są duże, szybkie i łatwe do zauważenia, natomiast młode to trochę jak szukanie igły w stogu siana. Planujemy wrócić w miejsca, z których mieliśmy zgłoszenia, zwłaszcza tam, gdzie pojawiały się skupiska, na przykład na Śląsku i w Wielkopolsce. Zdarzało się, że z jednej ulicy mieliśmy kilka osobników. Ale znalezienie młodych stadiów będzie dużym wyzwaniem” – tłumaczy szczegółowo prof. Anna Bajer.
„Zemsta Faraona” potrafi zepsuć wakacje. Biegunka podróżnych nie tylko w Egipcie – jak jej uniknąć?
Podstępna choroba z egzotycznych krajów. Czy jest się czego bać?
Pojawienie się nowego kleszcza w Polsce rodzi oczywiste obawy o nasze zdrowie. Medycyna tropikalna zna ten gatunek doskonale i wiąże go z potężnym zagrożeniem, jakim jest wirus wywołujący krymsko-kongijską gorączkę krwotoczną.
„Największe obawy budzi krymsko-kongijska gorączka krwotoczna. To poważna choroba wirusowa o ciężkim przebiegu, często śmiertelna. Na szczęście dotychczas nie wykryliśmy jej w kleszczach znalezionych w Polsce. Natomiast wszystkie badane przez nas osobniki były zakażone riketsjami, czyli bakteriami wywołującymi tzw. gorączki plamiste. Choroby te zwykle nie są śmiertelne, ale mogą mieć nieprzyjemny przebieg” – uspokaja prof. Bajer.
Sama gorączka krwotoczna jest jednak chorobą wyjątkowo perfidną, ponieważ potrafi skutecznie oszukać lekarzy pierwszego kontaktu.
„Początek choroby jest podstępny, ponieważ przypomina zwykłą infekcję wirusową. Pojawia się gorączka, osłabienie, bóle mięśni i głowy. To etap, który łatwo zinterpretować jako grypę lub przeziębienie. Dopiero później pojawiają się objawy bardziej charakterystyczne, takie jak zaburzenia krzepnięcia krwi, wybroczyny czy krwawienia. W tym momencie sytuacja staje się poważna. Problem polega na tym, że w Polsce taka choroba nie jest pierwszym podejrzeniem diagnostycznym. Lekarz częściej bierze pod uwagę choroby hematologiczne, takie jak małopłytkowość czy białaczka. Dodatkowo diagnostyka wymaga specjalistycznych testów, które nie są dostępne w każdym szpitalu, co może opóźniać rozpoznanie. Wirus może się także przenosić przez kontakt z płynami ustrojowymi. W Turcji opisywano przypadki, w których od jednego pacjenta zakażał się personel medyczny. To pokazuje, że jeden przypadek może prowadzić do kolejnych zakażeń, a nawet przyczynić się do śmierci kilku osób” – przestrzega profesorka UW.
Co ciekawe, mimo tak czarnego scenariusza, bąblowce i krętki boreliozy nam z ich strony nie grożą.
„Wszystko wskazuje na to, że nie. Bakterie wywołujące boreliozę występują praktycznie wyłącznie w kleszczach z rodzaju Ixodes. W naszych badaniach obejmujących różne kontynenty obserwujemy ten sam wzorzec. Inne kleszcze prawdopodobnie mają mechanizmy, które eliminują te bakterie, zanim mogłyby zostać przekazane dalej.”
Polscy naukowcy odkryli robaki z dwiema głowami. To troszkę niepokojące
Chemia miłości i nieskuteczne spraye. Jak się bronić?
Zwykle do ochrony przed pajęczakami używamy preparaty w spraju. Czy popularne repelenty na kleszcze zatrzymają biegnącego napastnika? Okazuje się, że tradycyjna obrona może zawieść.
„W przypadku naszych kleszczy repelenty mogą zadziałać jeszcze przed kontaktem, ponieważ reagują one na zapach. Natomiast Hyalomma najpierw podążają w kierunku żywiciela, a dopiero potem „oceniają” jego przydatność. Z obserwacji wynika, że po wejściu na but czy ubranie mogą się zawahać, co sugeruje, że repelenty i odpowiednia odzież mogą działać, ale raczej na późniejszym etapie. Nie mamy jednak jeszcze badań, które jednoznacznie by to potwierdzały” – tłumaczy prof. Anna Bajer.
Mimo swojej bezwzględności w polowaniu, stworzenia te mają też swoją niezwykle fascynującą, delikatną stronę, opartą na skomplikowanym świecie zapachów i godowych rytuałów.
„Owszem, i to całkiem rozbudowane. Kleszcze w ogóle funkcjonują w świecie chemii – komunikują się za pomocą sygnałów zapachowych, czyli feromonów, które pozwalają im się odnaleźć, rozpoznać i ocenić. Samiec nie przystępuje do kopulacji od razu. Najpierw wchodzi na samicę od strony grzbietowej i można powiedzieć, że ją testuje, sprawdzając, czy jest gotowa do rozrodu. Dopiero później przemieszcza się pod jej brzuszek i dochodzi do właściwej kopulacji. To wszystko jest bardzo precyzyjnie sterowane chemicznie. Co ciekawe, u wielu gatunków do zapłodnienia dochodzi nie na roślinności, tylko już na żywicielu” – podsumowuje badaczka.
Źródło: naukawpolsce.pl
Czytaj więcej



