Komary nie są najgorsze. Entomolog: są owady, które potrafią zabić krowę
Komary, meszki i strzyżaki jelenie mogą mocno dokuczać latem. Entomolog wyjaśnia, skąd biorą się plagi owadów krwiopijnych i jak chronić się przed ukąszeniami.
Komary, meszki, bąki, gzy, strzyżaki jelenie i bolimuszka kleparka potrafią skutecznie zepsuć lato ludziom i zwierzętom. Prof. Stanisław Ignatowicz, entomolog ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, wyjaśnia w rozmowie z serwisem Nauka w Polsce, że zimowe mrozy nie przesądzają o liczbie owadów w sezonie. Dużo większe znaczenie mają letnie opady, wilgoć i miejsca, w których owady mogą składać larwy.
Naukowiec przypomina też, że owady krwiopijne to nie tylko komary. Niektóre gatunki boleśnie tną skórę, inne rozwijają larwy w organizmach zwierząt, a meszki podczas masowych pojawów potrafią doprowadzić nawet do śmierci bydła.
Mroźna zima nie wystarczy, żeby zatrzymać komary
Powszechnie sądzi się, że mroźna zima powinna ograniczyć liczbę komarów i meszek. Prof. Stanisław Ignatowicz prostuje ten pogląd. Owady przez miliony lat wypracowały skuteczne sposoby przetrwania niskich temperatur. Jeśli chłód przychodzi stopniowo, mają czas znaleźć kryjówki i przygotować organizm do zimowania.
„To pytanie słyszałem już w tym roku wiele razy. Odpowiadam zawsze podobnie: zima, którą mieliśmy, absolutnie nie zaszkodziła ani komarom, ani meszkom. Gdyby takie zimy miały skutecznie ograniczać liczebność owadów, to musielibyśmy zadać sobie pytanie, jakim cudem na Syberii, gdzie mrozy są nieporównanie większe, człowiek latem nie może wytrzymać od chmar komarów i meszek” – mówi prof. Stanisław Ignatowicz.
Entomolog wyjaśnia, że organizmy owadów ograniczają szkody wywołane przez niską temperaturę. W ich ciałach mogą powstawać bardzo drobne kryształki lodu, które nie rozrywają komórek. W płynach ustrojowych pojawiają się też substancje przypominające płyny niezamarzające stosowane w samochodach.
„Owady mają bowiem bardzo skuteczne strategie przetrwania. Jeśli temperatura spada stopniowo, tak jak dzieje się to w przyrodzie, mają czas znaleźć kryjówki. Dodatkowo w ich organizmach powstają bardzo drobne kryształki lodu, które nie niszczą komórek i ich składników. W płynach ustrojowych znajdują się też substancje działające podobnie jak płyny niezamarzające stosowane w samochodach. To dlatego większość owadów doskonale radzi sobie zimą” – tłumaczy naukowiec.
Dlatego nie da się uczciwie zapowiedzieć ani wyjątkowej plagi, ani słabego sezonu tylko na podstawie zimy. O tym, ile będzie komarów, zdecyduje przede wszystkim pogoda w najbliższych tygodniach. Długotrwałe opady, kałuże, rozlewiska i zastoiny wody stworzą dobre warunki do masowego rozrodu.
Masz tę grupę krwi? Komary nie dadzą Ci spokoju przy grillu. Sprawdź, jak oszukać ich sensory!
Komary potrzebują wody stojącej, meszki płynącej
Dla wielu owadów krwiopijnych najważniejsze są miejsca, w których mogą rozwijać się larwy. Komary składają larwy w wodzie stojącej. Wystarczą beczki, kałuże, oczka wodne, rowy, rozlewiska albo niewielkie zbiorniki po deszczu.
Meszki wybierają inne środowisko. Ich larwy rozwijają się w wodzie płynącej, między innymi w rzekach i strumieniach. Dlatego po okresach deszczowych mogą pojawiać się masowo w pobliżu cieków wodnych.
„Dla wielu owadów krwiopijnych kluczowa jest obecność wody lub wilgotnego środowiska. Komary rozwijają się w wodzie stojącej. Meszki w wodzie płynącej. Jeżeli lato jest suche, wiele gatunków ma problem z rozmnażaniem” – wyjaśnia prof. Ignatowicz.
Wilgoć sprzyja także innym muchówkom. Przykładem jest jusznica deszczowa, krewniaczka bąków i ślepaków, potocznie nazywana muchą końską. To duża szarawa muchówka, która często staje się szczególnie dokuczliwa przed burzą. Wilgotna pogoda poprawia warunki rozrodu w glebie i zwiększa szanse przetrwania kolejnego pokolenia.
„Przykładem jest jusznica deszczowa, krewniaczka bąków i ślepaków, zwana też muchą końską. To duża szarawa muchówka, która szczególnie aktywna staje się przed burzą i wiele osób zauważa, że nagle zaczyna bardzo dokuczać właśnie wtedy. Dzieje się tak dlatego, że wilgotna pogoda oznacza lepsze warunki dla rozrodu w glebie i przetrwania kolejnego pokolenia. Susza jest więc dla wielu pasożytów ograniczeniem znacznie poważniejszym niż zima” – mówi entomolog.
Prof. Ignatowicz: Zagadka! A co, gdy odetniemy karaluchowi głowę?
Nie tylko komary i meszki. Krwiopijców jest więcej
W potocznym języku letnie ukąszenia najczęściej oznaczają komary albo meszki. Tymczasem lista owadów pobierających krew jest znacznie dłuższa. Prof. Ignatowicz przypomina choćby bolimuszkę kleparkę, muchówkę spokrewnioną z muchą domową.
Mucha domowa człowieka nie gryzie. Bolimuszka kleparka potrafi to zrobić bardzo boleśnie. Jej nazwa brzmi osobliwie, ale dobrze oddaje reakcję po ukłuciu: człowiek odruchowo chce owada klepnąć.
„Mucha domowa akurat nas nie gryzie, ale jest jej krewniaczka o wdzięcznej nazwie bolimuszka kleparka. Nazwa jest bardzo trafna: jak ugryzie, to boli tak bardzo, że człowiek odruchowo chce ją klepnąć” – mówi prof. Ignatowicz.
Naukowiec przywołuje też historię nazw owadów. Wspomina rozmowę ze studentem, który zapytał go, skąd biorą się takie określenia.
„Odpowiedziałem żartem, że dwóch entomologów siedzi przy winie i wymyśla nazwy, śmiejąc się przy tym do rozpuku. Student stwierdził wtedy, że przy nazwie »szrotówek kasztanowcowiaczek« musieli naprawdę mieć dobrą zabawę” – opowiada.
Nazwy bywają jednak także trafne i pożyteczne. Naukowiec przypomina historię roztocza, dla którego student zaproponował nazwę dobroczynek szklarniowy. Nazwa spodobała się badaczom, weszła do użycia w nauce.
Bolimuszka kleparka żyje głównie w chlewniach
Bolimuszka kleparka pojawia się przede wszystkim w miejscach, gdzie hoduje się świnie, zwłaszcza w chlewniach. Tam pobiera krew ze szczególnie delikatnych miejsc na ciele zwierząt, między innymi spod pach. Człowieka również może ukłuć, jeśli rozpozna w nim atrakcyjne źródło zapachu.
„To owad związany głównie z hodowlą świń. Rozwija się w chlewniach i tam pobiera krew ze szczególnie delikatnych miejsc na ciele zwierząt, na przykład spod pach. Ale człowiekiem też nie pogardzi” – mówi prof. Ignatowicz.
Entomolog przekonał się o tym podczas testowania środków owadobójczych w chlewniach. Po pracy wrócił do Warszawy tak przesiąknięty zapachem świń, że ludzie odsuwali się od niego w aptece. Później położył się na leżaku przed domem na Ursynowie. Wtedy ukłuła go bolimuszka.
„Pamiętam własne doświadczenie: pracowałem kiedyś przy testowaniu środków owadobójczych w chlewniach. Wróciłem do Warszawy przesiąknięty zapachem świń tak bardzo, że w aptece, do której zaszedłem po drodze, ludzie zaczęli się ode mnie odsuwać. Później, wykończony, położyłem się na leżaku przed moim domem na Ursynowie. I nagle zostałem tak boleśnie ukłuty przez bolimuszkę, że dosłownie podskoczyłem. Wtedy zrozumiałem, dlaczego nosi właśnie taką nazwę” – wspomina naukowiec.
Entomolog podejrzewa, że owada przyciągnął zapach. Dla bolimuszki nie był mieszkańcem miasta, tylko organizmem pachnącym jak świnia, czyli jak naturalny gospodarz.
„Podejrzewam, że przyciągnął ją zapach. Wróciłem przecież prosto z chlewni i byłem nim dosłownie przesiąknięty. To pokazuje, jak doskonale owady krwiopijne potrafią wykrywać swoich żywicieli. Dla niej nie byłem mieszkańcem miasta. Pachniałem jak świnka, a więc jak naturalny gospodarz i to wystarczyło to, żeby mnie odnaleźć” – mówi prof. Ignatowicz.
Prof. Ignatowicz – od ukąszenia kleszcza możesz przestać jeść mięso!
Strzyżaki jelenie to muchówki, nie kleszcze
Coraz częściej mówi się o strzyżakach jelenich, potocznie nazywanych latającymi kleszczami. To określenie jest wygodne, ale biologicznie mylące. Strzyżaki nie są kleszczami. Należą do muchówek, choć przez spłaszczone ciało i sposób poruszania się w sierści mogą budzić podobne skojarzenia.
„To bardzo ciekawy przykład. Strzyżaki są muchówkami, a nie kleszczami, choć wyglądają podobnie. Ich ciało jest mocno spłaszczone, a odnóża idealnie przystosowane do poruszania się w sierści jeleni, saren czy łosi” – wyjaśnia prof. Ignatowicz.
Ich odnóża są dobrze przystosowane do wczepiania się w sierść jeleni, saren i łosi. Gdy strzyżak trafi na zwierzę, mocno przyczepia się do sierści. Zwierzę może ocierać się o drzewa, ale najlepiej przystosowane osobniki i tak zostają na miejscu.
„Gdy taki owad dostanie się w sierść zwierzęcia, wczepia się w nią odnóżami tak mocno, że bardzo trudno go usunąć – no cóż, ewolucja premiowała osobniki, które trzymały się najlepiej. Taka sarna będzie ocierać się o drzewa, próbując pozbyć się pasożyta, ale najlepiej przystosowane strzyżaki i tak pozostają na miejscu” – mówi entomolog.
Prof. Ignatowicz zwraca uwagę, że strzyżaki jelenie jeszcze kilkanaście lat temu uchodziły w Polsce za rzadkość. Dziś ludzie spotykają je częściej. Naukowiec wskazuje, że może mieć to związek z ocieplaniem klimatu.
W strzyżakach wykrywano materiał genetyczny bakterii z rodzaju Anaplasma i Bartonella. Pierwsza może wywoływać anaplazmozę, chorobę przypominającą ciężką grypę. Druga pojawia się między innymi przy chorobie kociego pazura i innych zakażeniach. Entomolog zastrzega jednak, że wykrycie bakterii w owadzie nie dowodzi jeszcze, że owad skutecznie przenosi chorobę na człowieka.
„Takie doniesienia rzeczywiście się pojawiają. W strzyżakach wykrywano materiał genetyczny bakterii z rodzaju Anaplasma i Bartonella. Pierwsza z nich może wywoływać anaplazmozę, chorobę przypominającą ciężką grypę, druga jest związana m.in. z chorobą kociego pazura i innymi zakażeniami. Trzeba jednak bardzo wyraźnie podkreślić, że czym innym jest wykrycie bakterii w organizmie owada, a czym innym udowodnienie, że skutecznie przenosi on chorobę na człowieka. W przypadku strzyżaków nadal mamy więcej pytań niż odpowiedzi i potrzebne są dalsze badania” – podkreśla prof. Ignatowicz.
Olej z owadów alternatywą dla tradycyjnych tłuszczów.? Eksperci z PAN badają jego właściwości
Jak ograniczyć ryzyko spotkania ze strzyżakiem
Prof. Ignatowicz radzi, aby w lesie nie chodzić ścieżkami wydeptanymi przez dzikie zwierzęta. To właśnie tam strzyżaki czekają na swoich naturalnych żywicieli. Człowiek może trafić na nie przypadkiem, zwłaszcza jeśli przechodzi przez miejsca używane przez jelenie, sarny albo łosie.
Druga rada dotyczy ubioru. Strzyżaki szukają dużych, szarobrązowych zwierząt. Jasne ubranie może zmniejszyć ryzyko zainteresowania ze strony owadów.
„Przede wszystkim w lesie nie chodzić ścieżkami wydeptanymi przez zwierzynę. Tam właśnie czekają na swoich naturalnych żywicieli. Druga rzecz jest bardzo prosta. Strzyżaki szukają dużych, szarobrązowych zwierząt. Jeżeli wybierzemy się do lasu ubrani na biało, będziemy dla nich znacznie mniej atrakcyjni” – wyjaśnia entomolog.
Białe lub jasne ubranie nie daje pełnej ochrony, ale ułatwia też zauważenie owada. Po spacerze po lesie należy dokładnie obejrzeć odzież, włosy i skórę. Strzyżaki są uciążliwe, bo po dostaniu się na ciało potrafią mocno się trzymać i trudno je usunąć.
Już są w Polsce. Prof. Anna Bajer opowiada o afrykańskich kleszczach pustynnych
Dlaczego owady piją krew
Krew jest dla wielu owadów wyjątkowo wartościowym pokarmem. Zawiera białka, cukry, witaminy i minerały. Dlatego różne grupy owadów, często niezbyt blisko spokrewnione, niezależnie doszły do podobnego rozwiązania ewolucyjnego.
„Odpowiedź jest prosta. Krew jest fantastycznym pokarmem. Kiedy przygotowywałem jeden z wykładów i analizowałem jej skład, byłem pod ogromnym wrażeniem. Znajdziemy tam praktycznie wszystko: białka, cukry, witaminy, minerały. To niezwykle bogate źródło składników odżywczych” – mówi prof. Ignatowicz.
Krew pobierają między innymi komary, meszki, bąki i pluskwy. Każda z tych grup ma własną historię ewolucyjną, ale wszystkie korzystają z bogatego źródła składników odżywczych.
„Dlatego różne grupy owadów, często wcale blisko niespokrewnione, doszły do podobnego rozwiązania ewolucyjnego. Pluskwy, komary, meszki czy bąki należą do różnych grup systematycznych, ale wszystkie odkryły tę samą rzecz: krew jest bardzo wartościowym źródłem pokarmu” – dodaje naukowiec.
U wielu gatunków krew piją przede wszystkim samice. Samiec komara żywi się nektarem, sokami roślinnymi i wodą. Samica potrzebuje dodatkowych składników do produkcji jaj. Dlatego to ona szuka człowieka lub zwierzęcia jako źródła krwi.
„Bo potrzebują dodatkowego źródła składników do produkcji jaj. Samiec komara żyje zupełnie inaczej. Na przykład pan komar żywi się nektarem, sokami roślinnymi i wodą. Krwi nie potrzebuje. To samica musi zdobyć materiał potrzebny do rozwoju potomstwa” – wyjaśnia prof. Ignatowicz.
Malaria w gabinecie lekarza rodzinnego
Komar znieczula skórę i zapobiega krzepnięciu krwi
Komary są znacznie bardziej wyspecjalizowane, niż sugeruje ich rozmiar. Gdy samica znajdzie naczynie krwionośne, wprowadza do skóry ślinę z substancjami, które ułatwiają pobranie krwi. Najpierw pojawiają się peptydy wpływające na lokalne zakończenia nerwowe. Dzięki nim człowiek zwykle nie czuje samego ukłucia.
„Gdy komar znajdzie naczynie krwionośne, najpierw wprowadza wraz ze śliną peptydy znieczulające wpływające na lokalny układ nerwowy. Substancje te blokują działanie receptorów bólu w skórze człowieka – sygnały o bólu są skutecznie wyciszane. Dzięki temu nie odczuwamy od razu ukłucia” – tłumaczy prof. Ignatowicz.
Później komar podaje związki rozszerzające naczynia krwionośne i substancje przeciwkrzepliwe. Krew musi pozostać płynna, bo owad pobiera ją przez bardzo cienki aparat gębowy. Gdyby zaczęła krzepnąć, komar nie mógłby się napić.
„Następnie podaje substancje rozszerzające naczynia krwionośne i przeciwkrzepliwe. Krew musi pozostać płynna, bo owad pobiera ją przez bardzo cienki aparat gębowy i gdyby zaczęła krzepnąć, nie mógłby się napić” – mówi naukowiec.
Swędzenie i pieczenie pojawiają się dopiero po odlocie owada. Organizm człowieka reaguje wtedy na obce białka ze śliny komara. U jednej osoby odczyn będzie niewielki. U innej pojawi się duży bąbel i silny świąd.
„Problem polega na tym, że nasz organizm reaguje na te obce białka. Swędzenie i pieczenie pojawiają się dopiero po odlocie owada, gdy organizm zaczyna zwalczać obce białka. U jednych osób reakcja jest minimalna, u innych bardzo silna. Dlatego podczas wspólnego spaceru jedna osoba wraca cała pokłuta, a druga twierdzi, że nie została zaatakowana ani razu. Najczęściej obie były kąsane, tyle że jedna nie zareagowała alergicznie” – wyjaśnia prof. Ignatowicz.
Afrykańskie kleszcze w Polsce. „Monster tick” tropi ludzi i przenosi śmiertelne choroby
Komar tygrysi może pojawić się w Polsce
Coraz częściej pojawia się pytanie o komara tygrysiego. Prof. Ignatowicz mówi, że sam nie potwierdził jeszcze jego obecności w Polsce, choć od lat ludzie przesyłają mu komary do oznaczenia. Część okazów dociera rozgnieciona, ale wiele można jeszcze rozpoznać.
„Na razie sam nie miałem jeszcze okazji potwierdzić jego obecności w Polsce, choć od lat otrzymuję od ludzi komary do oznaczenia. Często są już rozgniecione i trudno je rozpoznać, ale wiele trafia do mnie w idealnym stanie” – mówi entomolog.
Komar tygrysi występuje już w naszym sąsiedztwie. Entomolog spodziewa się, że wcześniej czy później także pojawi się również u nas.
„Komar tygrysi ma charakterystyczną srebrzystą linię biegnącą przez środek głowy i tułowia. Jest już obecny w Niemczech, Czechach, Chorwacji czy we Włoszech. Dlatego spodziewam się, że prędzej czy później zostanie stwierdzony także u nas. Najważniejsze pytanie brzmi jednak: czy będzie w stanie skutecznie zimować, choć podejrzewam, że skoro udaje mu się to w krajach sąsiednich, w Polsce także może sobie poradzić” – wyjaśnia prof. Ignatowicz.
To ważne, bo komar tygrysi może przenosić wirusa gorączki Zachodniego Nilu. U większości ludzi zakażenie przebiega bez objawów. U części osób, zwłaszcza starszych i osłabionych, może jednak prowadzić do ciężkich powikłań neurologicznych, a nawet śmierci.
„Niepokój budzi fakt, że może przenosić wirusa gorączki Zachodniego Nilu. U większości ludzi zakażenie przebiega bezobjawowo, ale u części, zwłaszcza osób starszych i osłabionych, może prowadzić do bardzo ciężkich powikłań neurologicznych, a nawet śmierci” – dodaje naukowiec.
Polscy naukowcy odkryli robaki z dwiema głowami. To troszkę niepokojące
Meszki pomagają oczyszczać wodę, ale potrafią zabić bydło
Prof. Ignatowicz wskazuje meszki jako jedne z najbardziej niedocenianych owadów. Ich larwy rozwijają się w wodzie i filtrują z niej cząstki organiczne. W ten sposób pomagają oczyszczać środowisko wodne.
„Meszki. Są fascynujące. Ich larwy rozwijają się w wodzie i filtrują z niej cząstki organiczne, więc w pewnym sensie pomagają oczyszczać środowisko” – mówi prof. Ignatowicz.
Problem zaczyna się wtedy, gdy meszki pojawiają się masowo. Naukowiec pamięta z dzieciństwa sytuacje, gdy pilnował krów. Owady tak gęsto obsiadały zwierzęta, zwłaszcza wymiona, że po przesunięciu dłonią zostawała na niej krew.
„Pamiętam jeszcze z dzieciństwa sytuacje, gdy pilnowałem krów. Meszki obsiadały zwierzęta tak gęsto, zwłaszcza wymiona, że po przesunięciu po nich dłonią miałem całą rękę we krwi” – wspomina entomolog.
W skrajnych przypadkach masowy atak może doprowadzić do śmierci dużego zwierzęcia. Nie chodzi tylko o utratę krwi. Groźna bywa reakcja organizmu na substancje zawarte w ślinie owadów.
„W skrajnych przypadkach meszki potrafią nawet zabijać duże zwierzęta gospodarskie. Nie dlatego, że wypiją zbyt dużo krwi. Zabójcza bywa ich ślina. Jeśli tysiące meszek atakują jednocześnie jedno zwierzę, zawarte w ślinie substancje mogą wywołać bardzo silną reakcję organizmu, prowadzącą nawet do obrzęku płuc. To właśnie on jest najczęstszą przyczyną śmierci zwierząt podczas masowych pojawów meszek” – wyjaśnia prof. Ignatowicz.
Entomolog przypomina dramatyczny przypadek z 1923 roku. Nad Dunajem w Rumunii po pladze meszek padło aż 17 tysięcy sztuk bydła.
„W 1923 roku nad Dunajem w Rumunii doszło do masowego padnięcia aż 17 tysięcy sztuk bydła. Bezpośrednią przyczyną śmierci zwierząt była plaga meszek, a dokładnie masowe ataki tych owadów, które doprowadziły do wstrząsu anafilaktycznego, uduszenia lub wykrwawienia zwierząt. Takie zdarzenia pokazały, że niewielki owad może stać się bardzo poważnym problemem gospodarczym” – mówi naukowiec.
Naukowcy odkryli przepis na „jogurt mrówczany”. Tradycja wraca po setkach lat
Bąki widzą ofiarę i tną boleśnie
O bąkach mówi się mniej niż o komarach, choć ich ukłucia są znacznie bardziej bolesne. Te owady mają bardzo dobrze rozwinięty wzrok i skutecznie wyszukują ludzi oraz zwierzęta. Człowiek zwykle od razu wie, że został zaatakowany.
„A niesłusznie. Bąki mają znakomicie rozwinięty wzrok i bardzo skutecznie wyszukują ofiary. Człowiek zwykle od razu wie, że został zaatakowany, bo ich ukłucie jest po prostu niesamowicie bolesne” – mówi prof. Ignatowicz.
Naukowiec opowiadał, że sam pozwolił kiedyś bąkowi na ukłucie. Chciał udokumentować zachowanie owada i ślad po ukłuciu.
„Pamiętam sytuację, kiedy sam zostałem zaatakowany przez bąka, mając przy sobie aparat fotograficzny. Postanowiłem wykorzystać okazję naukowo. Pozwoliłem mu rozpocząć pobieranie krwi i zrobiłem serię zdjęć. Fotografowałem zarówno samego owada, jak i miejsce ukłucia już po jego odlocie, gdy krew nadal obficie wypływała z rany” – wspomina entomolog.
Bąki szczególnie dokuczają zwierzętom gospodarskim. Krowy rozpoznają charakterystyczny dźwięk ich lotu i potrafią gwałtownie reagować na ataki.
„Bąki szczególnie dokuczają zwierzętom gospodarskim. Krowy doskonale rozpoznają charakterystyczny dźwięk ich lotu. Widziałem sytuacje, gdy wpadały wręcz w panikę, zrywały ogrodzenia i uciekały z pastwisk do obory, by schronić się przed atakami” – mówi prof. Ignatowicz.
Gdzie w Polsce jest najczystsza woda? GIOŚ publikuje najnowszą listę jezior i rzek
Gzy to nie bąki. Ich larwy rozwijają się w organizmach zwierząt
W języku potocznym ludzie często wrzucają gzy i bąki do jednego worka. Biologicznie to błąd. Gzy mają zupełnie inny sposób życia. Niektóre gatunki składają lub wprowadzają larwy do organizmów zwierząt gospodarskich.
„Tymczasem to zupełnie inna historia. Gzy prowadzą pasożytniczy tryb życia. Niektóre gatunki rozwijają się w organizmach zwierząt gospodarskich. Przykładowo larwy gza owczego rozwijają się w przewodach nosowych i zatokach owiec, właśnie w czerwcu zainfekowane nimi owce dostają ataków kaszlu” – tłumaczy prof. Ignatowicz.
Przykładem jest giez owczy. Dorosła samica nie składa jaj w typowy sposób. Rodzi żywe larwy i w locie wstrzykuje je w nozdrza owcy. Larwy wędrują później do jam nosowych i zatok. Rozwijają się tam przez wiele miesięcy. Gdy osiągną dojrzałość, owca usuwa je podczas kichania albo kaszlu. Larwy trafiają na ziemię, przepoczwarzają się, a po pewnym czasie wylatuje dorosły owad.
„To jedna z najbardziej niezwykłych strategii życiowych w świecie owadów. Dorosła samica nie składa jaj, lecz rodzi żywe larwy i w locie wstrzykuje je w nozdrza zwierzęcia. Larwy wędrują następnie do jam nosowych i zatok, gdzie rozwijają się przez wiele miesięcy. Kiedy osiągną dojrzałość, są usuwane przez owcę podczas kichania lub kaszlu. Trafiają na ziemię, przepoczwarczają się, a po pewnym czasie z poczwarki wylatuje dorosły owad. W ten sposób cykl zaczyna się od nowa” – mówi naukowiec.
Prof. Ignatowicz przywołuje też niezwykły przypadek mieszkańca Londynu chorego na AIDS. Mężczyzna spał przy otwartym oknie, a samica gza złożyła larwy w jego nozdrzach. Ponieważ jego układ odpornościowy był bardzo osłabiony, larwy zaczęły się rozwijać.
„Opowiem teraz historię, która brzmi wręcz nieprawdopodobnie, a jednak wydarzyła się naprawdę. Dotyczyła mieszkańca Londynu chorego na AIDS. Mężczyzna spał przy otwartym oknie, kiedy samica gza złożyła w jego nozdrzach larwy. Ponieważ jego układ odpornościowy był bardzo osłabiony, larwy zaczęły rozwijać. Kiedy spostrzegł, co wydobywa się z jego nosa podczas smarkania, zgłosił się do lekarza” – opowiada entomolog.
Lekarze początkowo podejrzewali że pacjent przywlókł to zza granicy. Dopiero później ustalono, że niedaleko miejsca zamieszkania znajdowała się rzeźnia, do której przywożono owce. Najprawdopodobniej stamtąd pochodził owad.
„Medycy byli zaskoczeni. Pytali, czy wyjeżdżał za granicę, czy miał kontakt z owcami. Nic się nie zgadzało. Dopiero później ustalono, że niedaleko miejsca jego zamieszkania znajdowała się rzeźnia, do której przywożono owce. Najprawdopodobniej stamtąd pochodził owad, który wykorzystał człowieka jako przypadkowego żywiciela. To historia niezwykła, ale dobrze pokazuje, jak zaskakujące potrafią być relacje między owadami a ludźmi” – mówi prof. Ignatowicz.
Ewolucja człowieka praktycznie się zatrzymała. „Selekcja naturalna już na nas nie działa”
Ultradźwiękowe odstraszacze są skuteczne?
Prof. Ignatowicz nie wierzy w ultradźwiękowe gadżety na komary. Jak mówi, brakuje wiarygodnych badań potwierdzających ich skuteczność. Dużo lepiej sprawdzają się repelenty, czyli środki utrudniające owadom odnalezienie człowieka lub zwierzęcia.
„Nie wierzę w ultradźwiękowe gadżety, nie ma także wiarygodnych badań potwierdzających ich skuteczność. Działają natomiast repelenty. Mogą to być olejki eteryczne, takie jak mięta, lawenda czy eukaliptus. Nie dlatego, że owady panicznie boją się tych zapachów, ale dlatego, że maskują one sygnały chemiczne, dzięki którym krwiopijcy odnajdują żywiciela” – wyjaśnia entomolog.
Komar szuka człowieka między innymi po zapachu, dwutlenku węgla i innych substancjach wydzielanych przez organizm. Intensywny zapach mięty albo lawendy może zagłuszyć te sygnały. Olejki szybko się jednak ulatniają, dlatego trzeba je regularnie nanosić ponownie na skórę lub ubranie.
„Można to sobie wyobrazić w prosty sposób: komar leci, szukając człowieka po charakterystycznym zapachu, dwutlenku węgla i innych substancjach wydzielanych przez organizm. Tymczasem trafia na gościa pachnącego intensywnie miętą albo lawendą. Zapach, który normalnie prowadziłby go do ofiary, zostaje zagłuszony. »Fuj, sama mięta, nie lubię« – myśli komar i odlatuje” – mówi prof. Ignatowicz.
Najskuteczniejsze pozostają preparaty zawierające DEET, ikarydynę albo IR3535. Prof. Ignatowicz przez lata testował DEET i wysoko ocenia jego skuteczność przeciw komarom oraz kleszczom. Jednocześnie przypomina, że kobiety w ciąży i małe dzieci powinny zachować ostrożność przy preparatach z DEET.
„Najskuteczniejsze pozostają jednak preparaty zawierające DEET, ikarydynę lub IR3535. Sam przez wiele lat testowałem DEET i wiem, że działa bardzo dobrze zarówno przeciw komarom, jak i kleszczom” – mówi naukowiec.
Grzyby jako leki na pasożyty? Przełomowe badania UMCS już opatentowane
DEET utrudnia owadom znalezienie człowieka
Prof. Ignatowicz obrazowo tłumaczy, że DEET jakby „zatyka nos” owadowi. Owady nie mają nosa takiego jak człowiek, ale odbierają sygnały chemiczne z otoczenia. Po zastosowaniu repelentu komar albo kleszcz wyczuwa, że w pobliżu może znajdować się źródło pokarmu, ale ma problem z jego dokładnym odnalezieniem.
„Najprościej tłumaczę jego działanie tak, że owadowi »zatyka nos«. Oczywiście owady nie mają nosa takiego jak człowiek, ale chodzi o to, że przestają prawidłowo odbierać sygnały chemiczne prowadzące je do żywiciela. Komar czy kleszcz wie, że gdzieś w pobliżu jest źródło pokarmu, ale ma problem z jego odnalezieniem” – mówi prof. Ignatowicz.
DEET jest używany od kilkudziesięciu lat i należy do najlepiej przebadanych repelentów. Naukowiec przypomina, że środek stosowano intensywnie między innymi podczas wojny wietnamskiej. Żołnierze używali go nie tylko przeciw komarom, lecz także w środowisku pełnym innych pasożytów, w tym pijawek.
„Niemniej jednak DEET jest stosowany od kilkudziesięciu lat i pozostaje jednym z najlepiej przebadanych repelentów. W czasie wojny wietnamskiej żołnierze smarowali się DEET-em nie tylko z powodu komarów. W tamtejszych lasach deszczowych po przejściu kilkudziesięciu metrów przez mokry teren można było znaleźć na sobie pijawki. Człowiek walczył nie z jednym pasożytem, ale z całym zestawem organizmów, które chciały napić się jego krwi. W takich warunkach DEET sprawdzał się przez lata, dlatego do dziś mam do niego duże zaufanie” – mówi entomolog.
Każdy środek chemiczny trzeba stosować zgodnie z etykietą. Liczy się stężenie preparatu, wiek użytkownika i stan zdrowia. Dotyczy to szczególnie dzieci, kobiet w ciąży i osób z wrażliwą skórą.
Naukowcy odkrywają nieznane dotąd umiejętności bakteriofagów
Larwy komarów można zwalczać biologicznie
Ograniczanie liczby komarów na większą skalę jest możliwe, ale wymaga konsekwencji i pieniędzy. Najlepsze efekty daje zwalczanie larw, zanim z wody wylecą dorosłe owady.
„Tak, ale wymaga to konsekwencji i pieniędzy. Najlepsze efekty daje zwalczanie larw. Stosuje się do tego preparaty zawierające specjalny szczep bakterii – pałeczki turyngskiej (Bacillus thuringiensis israelensis)” – wyjaśnia prof. Ignatowicz.
Bakteria wytwarza przetrwalniki i kryształy białkowe. Larwa komara albo meszki pobiera je wraz z pokarmem. W zasadowym przewodzie pokarmowym larwy kryształy aktywują się i przekształcają w substancje toksyczne. Uszkadzają ścianę jelita larwy. Zawartość przewodu pokarmowego przedostaje się do jamy ciała, dochodzi do zakażenia całego organizmu i larwa ginie.
„To niezwykle eleganckie rozwiązanie biologiczne. W naturze bakteria, gdy warunki stają się niekorzystne, tworzy przetrwalniki i jednocześnie produkuje charakterystyczne kryształy białkowe. To właśnie one są kluczowe dla zwalczania larw komarów i meszek – kiedy larwa komara lub meszki pobiera taki materiał wraz z pokarmem, w jej przewodzie pokarmowym kryształy rozpadają się na substancje toksyczne” – mówi naukowiec.
Ten sposób jest bezpieczny dla ludzi, zwierząt domowych i innych ssaków, ponieważ nasz przewód pokarmowy ma odczyn kwaśny, a nie zasadowy. Kryształy nie aktywują się u nas tak jak u larw komarów i meszek.
„Ten preparat jest bezpieczny dla ludzi, zwierząt domowych i innych ssaków, gdyż nasz przewód pokarmowy ma odczyn kwaśny, a nie zasadowy, więc te kryształy nie ulegają aktywacji w taki sposób jak u larw komarów. Mechanizm, który zabija owady, po prostu u nas nie zachodzi” – wyjaśnia prof. Ignatowicz.
Zwierzęta na bani. Okazuje się, że im to nie szkodzi
Jeden oprysk nie wystarczy na cały sezon
W walce z komarami ludzie często koncentrują się na opryskach dorosłych osobników. To daje krótkotrwałą ulgę, ale nie usuwa źródła problemu. Jeżeli larwy dalej rozwijają się w tysiącach zbiorników, nowe komary szybko zastąpią te zwalczone opryskiem.
„W debacie publicznej często skupiamy się na opryskach dorosłych komarów. Tymczasem to trochę tak, jakbyśmy próbowali walczyć z chwastami dopiero wtedy, gdy opanują całe pole. Największe efekty daje zwalczanie larw. Jeżeli pozwolimy im rozwinąć się w tysiącach zbiorników wodnych, późniejsze opryski przyniosą jedynie chwilową ulgę. Komarów będzie mniej przez kilka dni czy tygodni, ale problem szybko wróci” – mówi prof. Ignatowicz.
Skuteczny program musi obejmować cały krajobraz. Chodzi o rowy melioracyjne, stawy, oczka wodne, rozlewiska, kałuże i wszystkie miejsca, w których mogą rozwijać się larwy. Bez tego działania będą punktowe i krótkotrwałe.
„Dlatego skuteczny program ograniczania liczebności komarów musi obejmować cały krajobraz: rowy melioracyjne, stawy, oczka wodne, rozlewiska i wszystkie miejsca, w których rozwijają się larwy. Niemcy od lat prowadzą takie działania na dużą skalę i potrafią wyraźnie ograniczać liczebność komarów. Największym błędem jest wiara, że jeden oprysk rozwiąże problem. W biologii tak to nie działa” – podsumowuje prof. Ignatowicz.
Źródło: naukawpolsce.pl, rozmowa Miry Suchodolskiej z prof. Stanisławem Ignatowiczem z SGGW.
Czytaj więcej



